Avengers: Koniec gry 7.6

Połowa życia w kosmosie przestała istnieć i możliwa jest tylko jedna przyszłość... Czy Avengers i stojący u ich boku Superbohaterowie zdołają odwrócić niszczycielską moc Kamieni Nieskończoności?

Recenzje

Marvel Studios wie, co fanom w duszy gra — funduje im to z naddatkiem, ale nie z przesytem. Tak, żeby seans był przeżyciem, a nie wizytą w fast foodzie. 9
  • 2019-04-27
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Uniwersum kwantowe, Asgard, kosmos albo Wakanda — w ciągu 11 lat twórcy zbudowali szczegółowy i wiarygodny świat MCU. Wraz z premierą Avengers: Koniec gry finalizuje się w nim pewna era. Film podsumowuje wszystkie odsłony serii — składa hołd niemal każdej zaistniałej w niej postaci oraz z czcią odnosi się do pierwszego składu Avengers. To kino superbohaterskie w najlepszej odsłonie, percepcyjnie zapierające dech w piersiach, jak komiks wydany w formacie A1.

Iron Man zadebiutował w 2008 roku. Dziś data wydaje się o tyle ważna, że nie tylko zapoczątkowała kinową serię znaną jako MCU, ale też dała nowe życie wyśmiewanemu dotychczas nurtowi filmów o superbohaterach. Trykociarze przeniknęli do pierwszej ligi, a widowiska z Thorem lub Kapitanem Ameryką spotkały się z szacunkiem ze strony fanów i krytyków. Inaczej sytuacja wyglądała jeszcze kilka lat temu, kiedy Daredevil, Kobieta-Kot oraz Fantastyczna czwórka przypominały komiksy rysowane przez grafomanów — w dodatku na tanim papierze. Dzisiaj herosi w kolorowych strojach są tym, czym kowboje w latach 50. Panuje na nich gigantyczna moda.

Od czasów pierwszego Iron Mana superbohaterzy na stałe przeniknęli do kina głównego nurtu, gwarantując sukces kasowy niemal każdemu widowisku pod szyldem Marvela albo DC. Kwestią sporną pozostaje zatem, w jakim stopniu Avengers: Koniec gry finalizuje Wojnę bez granic, trzy fazy kinowego uniwersum Marvela, a może całą modę na kino superbohaterskie.

Formuła „superhero movies” powoli się wyczerpuje. Znajdujemy się co najmniej na półmetku. To najlepszy moment. Zamiast utartych schematów zaczyna liczyć się kreatywność twórców. Każdy kinowy heros przemawia dziś własnym oryginalnym językiem, stylem albo konwencją. Deadpool 2 różni się od Kapitan Marvel, uniwersum The Defenders nie dorównuje skalą do wszechświata MCU, depresyjna trylogia Mrocznego Rycerza nie ma nic wspólnego z familijnym Shazamem! Bracia Russo realizują jednak obraz dalece odbiegający od wszelkich – bardzo luźnych — standardów. Avengers: Koniec gry to najbardziej epickie kino od czasów Władcy Pierścieni: Powrotu króla. Widowisko powstałe na fundamencie 22 filmów MCU – czynnie odwołujące się do każdego z nich. Przypomina koronę nałożoną na głowę Marvel Studios.

Nie było bowiem takiego filmu (i raczej nie będzie), jak Avengers: Koniec gry. To przestrzenna i fabularna układanka, metatekstowy hołd złożony superbohaterom MCU oraz wisienka na przepysznym torcie Marvela.

Bracia Russo zawiesili poprzeczkę na poziomie właściwie niemożliwym do przeskoczenia. Wszystkie elementy znajdują się na swoim miejscu. Film jest zabawny i dramatyczny, kameralny w swoich emocjach i rozbuchany w dynamice. Przede wszystkim: wypełniony nawiązaniami do wszystkich widowisk MCU. Powracają trzecioplanowe postacie z zapomnianych filmów (jak Thor: Mroczny świat). Twórcy serwują samoświadome żarty, nawiązujące nawet do serialu Agentka Carter i pierwszej fazy kinowego uniwersum. Nie wyłapie ich ten, kto przyszedł na seans wyłącznie dla smaku popcornu.

Czyżby w takim razie Koniec gry był zarazem opus magnum i Ragnarokiem mody na widowiska superbohaterskie? Czy po takim zakończeniu widzowie będą jeszcze zainteresowani fizyką komiksową na dużym ekranie? Pozostaje mieć nadzieję, że tak. Dotąd kino komiksowe najchętniej i najśmielej ze wszystkich gatunków przenosiło widzów w eskapistyczne światy, w których fantasy łączyło się z nostalgicznym SF, wojna o losy wszechświata rozgrywała się na ziemi, w powietrzu i w kosmosie, a czerwony najemnik mógł nieustannie ginąć i odradzać się, rzucając przy tym wulgarnymi hasłami. Nie ulega jednak wątpliwościom, że Avengers: Koniec gry jest kwintesencją takiego podejścia do eskapizmu.

Thanos był głównym bohaterem Wojny bez granic. Avengers: Koniec gry skupia się natomiast na pierwszym składzie drużyny herosów. Iron Man, Kapitan Ameryka, Thor, Hulk, Czarna Wdowa oraz Hawkeye – oni stają się szkopułem najnowszego filmu braci Russo. Twórcy przyznają odpowiedni czas na ekranie każdej z postaci. Zaspakajają również głód widzów na pewnych bohaterów albo stworzenia, których zabrakło w Wojnie bez granic. Oczywiście, jak przystało na każde zbiorowe widowisko Marvela, postacie połączone zostają w mniejsze podgrupy, aby wspólnie odwrócić działanie Rękawicy Nieskończoności. Wspaniale zobaczyć znanych bohaterów zestawionych ze sobą w pary lub trójki, wyróżniających się kompletnie niepasującymi charakterami. Bracia Russo doskonale prowadzą ich wspólne relacje — piszą cięte dialogi oraz z wirtuozerią nakreślają rozbudowane sceny walki.

Nie zabraknie niespodzianek. W „Końcu gry” znalazły się motywy oraz sceny, na które miłośnicy komiksów czekali od początków MCU.

Widowisko posiada również kilka słabszych stron – Thor zostaje zhańbiony po tym, jak wyrósł na dumnego Gromowładnego na przestrzeni trzech autonomicznych filmów oraz Wojny bez granic. W rękach twórców Avengers: Koniec gry staje się błaznem od najgorszych żartów. Na szczęście wszystko do czasu. Pierwszy akt również nie zachwyca swoją dynamiką. Cała konstrukcja musi nabrać tempa. Te zwiększa się z każdym kwadransem seansu. W końcowym rozrachunku 3-godzinny film pędzi przez całe MCU na złamanie karku.

Żałuję również, że intryga związana z odwróceniem działania Kamieni Nieskończoności, zostaje rozwiązana w dość przewidywalny sposób. W przedstawieniu tego motywu twórcy nie stawiają jednak na oryginalność — bardziej zależy im na zabawie, która przychodzi w miarę trwania seansu. Z drugiej strony nie spotkałem się z teorią fanów, przewidującą rozwój wydarzeń w ostatnim akcie. Braciom Russo udało się zachować najważniejszą część filmu w zupełnej tajemnicy.

Marvel Studios wie, co fanom w duszy gra — funduje im to z naddatkiem, ale nie z przesytem. Tak, żeby seans był przeżyciem, a nie wizytą w fast foodzie. Avengers: Koniec gry zostaje złożony z trzech części, trzech aktów, które płynnie prowadzą do finału widowiska. Kiedy ten w końcu nastaje, twórcy puszczają nogę z hamulca i gnają przez lata popkultury, przez kartki komiksów, przez emocje widzów — w całej tej gonitwie osiągają rekord życia. Inaczej nie dało się zakończyć tak gigantycznego przedsięwzięcia, jakim jest kinowe uniwersum Marvela. Epickość jest pisana tutaj przez duże E. Emocje są szczere – niektórzy miłośnicy serii wychowywali się i dorastali na postaciach MCU. Tym bardziej kibicują herosom w ich ostatecznym starciu.

22 filmy, 11 lat, godziny niezapomnianych doznań w wyimaginowanych światach. Wszystko kończy się w jednym punkcie. Avengers: Koniec gry nie zawiedzie niczyich oczekiwań. To eskapistyczna petarda wystrzelona w epicentrum waszych najpiękniejszych snów, dbająca zarówno o przedstawione postacie, jak i o widzów na sali kinowej. Superbohaterskie „flow” bez żadnych kajdan — nieskrępowane, rozbuchane i pełne oddania.

1 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie