The Meg 6.5

Pięć lat wcześniej ekspert od nurkowania, komandor Jonas Taylor, napotkał nieznane zagrożenie w niezbadanych głębinach Rowu Mariańskiego, które zmusiło go do przerwania wykonywanej misji i pozostawienia części swojej załogi. To tragiczne w skutkach zdarzenie doprowadziło do jego zwolnienia ze służby w atmosferze skandalu. Jednak tym, co ostatecznie zrujnowało jego karierę, małżeństwo i odebrało mu reszki honoru, była niczym niepoparta, niewiarygodna historia o przyczynie katastrofy. Taylor utrzymywał, że jego jednostkę zaatakowało gigantyczne, ponad 20-metrowe stworzenie, którego gatunek miał wyginąć ponad milion lat temu. Jednak kiedy na dnie oceanu osiada uszkodzona łódź podwodna z byłą żoną komandora pośród członków załogi, to właśnie on otrzymuje telefon. Chwytając szansę przywrócenia dobrego imienia czy też porywając się na samobójczą misję, Jonas musi stawić czoła swoim lękom i zaryzykować życie swoje oraz każdego członka załogi uwięzionego w głębinach, zadając sobie jedno pytanie: Czy to możliwe, że Carcharodon Megalodon — największy morski drapieżnik, jaki kiedykolwiek istniał, nadal żyje... i poluje na kolejne ofiary?

Recenzje

David Attenborough za głowę się łapie. 5
  • 2018-09-04
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

The Meg to Szczęki z aktorskim dodatkiem Jasona Stathama – banalny opis w pełni oddaje zawartość fabularną i formalną filmu. Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, gigantyczne rekiny przypominają o trendzie niskobudżetowego kina na tytuły poświęcone Megasharkom oraz podobnym Rekinadom – całokształt nie kryje się przy tym z pulpowymi korzeniami stacji SyFy. Warto jednak przyznać, że The Meg potrafi złapać widza w szpony napięcia. Jest zdystansowany i samoświadomy – no, i posiada na swoim pokładzie Stathama, a to chyba najważniejszy element widowiska.

Film stanowi swoisty fenomen na współczesnym rynku mass mediów. Rekiny systematycznie powracają w przysłowiowym kinie klasy C, jednak nigdy nie udało im się wpłynąć na wody mainstreamu (może za wyjątkiem Szczęk z 1975 roku, które zdaniem wielu badaczy zapoczątkowały kino nowej przygody, tworząc ze Stevena Spielberga ikonę dużego ekranu). Próby na przedstawienie historii o krwiożerczych rybach najczęściej okazywały się bombami box office, czego najlepszym dowód stanowi marny zarobek 183 metrów strachu z 2016 roku. Twórcy The Meg poznali jednak przepis na sukces. Odrestaurowali schematy ze Szczęk, do współpracy zaprosili Jasona Stathama oraz podjęli się koprodukcji z Chinami – całokształt wyważyli w dostatecznie samoświadomy sposób, by nikt nie posądził ich o nadmierne epatowanie patosem. Efekt końcowy przerósł najśmielsze oczekiwania. Film od dwóch tygodni znajduje się w ścisłej czołówce box office, po raz kolejny dowodząc, że w dzisiejszych czasach prymitywna rozrywka sprzedaje się najłatwiej (zwłaszcza, gdy tytuł doczeka się premiery w Chinach).

Konstrukcja filmu powtarza schemat fabuły Szczęk, nieco go modyfikując (szczególnie jeśli chodzi o chronologię wydarzeń). Bestia z głębin najpierw szaleje na środku oceanu, by stopniowo zbliżać się w stronę letniego kurortu plażowego. Całokształt utopiony zostaje w sztucznym nawozie efektów komputerowych. Dzięki temu widowisko jest większe, mocniejsze i głośniejsze. Prehistoryczne rekiny przewyższają swoim rozmiarem dorosłe wieloryby, głębokości zawstydzają Rów Mariański, a Jason Statham – w roli klasycznego Jasona Stathama z kamienną twarzą i one-linem na każdą okazję – morduje prastare bestie z finezją rodzimego Wiedźmina. Produkt końcowy ocieka kiczem, smakuje równie specyficznie, jak każde pożywienie wyhodowane na wyjątkowo sztucznym nawozie. Czy stanowi to jednak o jego wadzie? Nie do końca.

Moby Dick rusza w 20.000 mil podwodnej żeglugi, ścigany przez Kapitana Nemo rodem ze współczesnych filmów akcji. Gdyby Jonas Taylor (Jason Statham) urodził się kilka wieków temu, w pojedynkę ograbiłby Wyspę Skarbów oraz samemu zatopił Atlantydę. Nawet nie złapałby przy tym zadyszki, nie mówiąc już o przejawach choroby morskiej. Jego zmagania w The Meg przypominają kultowe filmy na VHS z udziałem Chucka Norrisa. Widzowie dostają zatem wszystko to, czego oczekuje się od widowisk z Jasonem Stathamem. "One Man Army" znów jest w grze – jeszcze bardziej szarmancki, honorowy i nieokiełznany niż kiedykolwiek wcześniej (no, może poza duologią Adrenaliny).

Szczęśliwie dla widowiska Jon Turteltaub nie podchodzi zbyt poważnie do przedstawionej fabuły. Bohaterowie systematycznie prowadzą celne – choć mało błyskotliwe – dialogi wypełnione ciętymi ripostami. Sceny akcji przeładowane zostają splendorem i adrenaliną. Na każdym kroku czuć przesadę, kicz oraz pastisz – co ciekawe, taka mieszanka okazuje się wyjątkowo pociągająca. Zwłaszcza gdy na dokładkę dochodzi pewien stopień napięcia. Wszystko podane zostaje z olbrzymim dystansem i samoświadomością. Nie wystarcza to jednak, by przestać odbierać The Meg jako rozrywkę najniższej kategorii. Twórcy pokonują bowiem pewną granicę zawieszenia wiary w ukazane zdarzenia. Fizyka w filmie przypomina tę z kreskówek Looney Tunes. Większość informacji podanych w dialogach przeczy późniejszemu rozwojowi wydarzeń – przyjęte stałe zmieniają proporcje w zależności od potrzeb scenariusza. Ostatecznie najbardziej zabawnym elementem The Meg pozostają projekty łodzi podwodnych. Przypominają statki kosmiczne z franczyzy Gwiezdnych Wojen.

The Meg to rodzaj widowiska, na które przychodzi się w japonkach, rybaczkach i hawajskiej koszuli. Kupuje się największą pakę popcornu, beczkę coli; sadowi się wygodnie w kinowym fotelu i popada w najczystszy eskapizm. Trudno inaczej podejść do widowiska, w którym Jason Statham gania po wodach Pacyfiku za gigantycznym rekinem z czasów prehistorycznych. David Attenborough za głowę się łapie.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie