Carrie Pilby 6.3

Carrie Pilby to dziewiętnastoletnia mieszkanka Nowego Jorku, która właśnie ukończyła studia na Harwardzie. Pomimo niezwykłej inteligencji dziewczyna ma problem z przystosowaniem się do rzeczywistości, bo uważa, że jest ostatnią normalną osobą w świecie opanowanym przez hipokryzję i seks. Carrie nie lubi wychodzić z domu, nie ma przyjaciół, pracy i nie chodzi na randki. Za radą terapeuty zgadza się zrealizować sześciopunktowy plan działania: Zrobić coś, co uwielbiała jako dziecko. Przeczytać ulubioną książkę. Sprawić sobie zwierzątko. Zdobyć przyjaciela. Iść na randkę. Spędzić z kimś sylwestra. Czy przygotowany przez terapeutę plan pomoże Carrie zmienić podejście do świata i otworzyć się na innych?

Recenzje

Twórcy trafiają w sedno, starając się zdiagnozować problemy milenialsów, osób wkraczających obecnie w dorosłość i planujących życie na własnych zasadach. 6
  • 2019-04-21
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Amerykańscy scenarzyści spłycają często postacie przedstawione w filmach. Miłosne decyzje bohaterów ewokują bardziej paradygmat kina gatunkowego niż luźne konsekwencje błędów oraz potknięć popełnionych w młodości. Carrie Pilby wychodzi naprzeciw takim konwenansom. Twórcy próbują nadać złamanemu sercu głównej bohaterki nieszablonowy kształt. Niestety, wymogi gatunkowe sprowadzają finałowy wydźwięk filmu do bardzo konformistycznej formy.

Pierwsza scena daje widzom pełną ekspozycję tytułowej postaci. Carrie Pilby ma 19 lat i próbuje odnaleźć się w dorosłym życiu. Jako osoba wybitnie uzdolniona trafiła na Harvard w wieku 14 lat – tym samym ciążą na niej pewne cechy kinowych geniuszów, przede wszystkim aspołeczność i krytycyzm wobec przypadkowych osób. Szkoda zatem, że ten pseudonaukowy szkic wybrzmiewa wyłącznie w kilku scenach, nadając dziewczynie cechy Dextera (tego od laboratorium). Chociaż mózg nastolatki zawstydziłby większość dorosłych na całym świecie, jej emocje wciąż noszą na twarzy trądzik i czekają na pierwszą miesiączkę. Serce posiada z kolei solidną ranę z przeszłości, której nie jest w stanie uleczyć żaden kardiochirurg, a tym bardziej psycholog czy psychoterapeuta.

Twórcy trafiają w sedno, starając się zdiagnozować problemy milenialsów, osób wkraczających obecnie w dorosłość i planujących życie na własnych zasadach. Z jednej strony posługują się stereotypami, z drugiej – potrafią wykrzesać z nich namiastkę człowieczeństwa. Dzięki warstwie retrospektywnej rozumiemy działanie głównej bohaterki, jesteśmy w stanie pojąć jej emocje oraz kolejne decyzje. To głębia, o której często zapominają twórcy komedii romantycznych z dużym naciskiem na nurt romansów dla nastolatków. Gwiazd naszych wina było wysterylizowane mentalnie i narracyjnie z wszelkich pokładów doświadczeń w słowach i łzach bohaterów. W Kiedy się pojawiłaś background głównej pary zostaje zaznaczony wyłącznie na poziomie kilku dialogów. Carrie Pilby skrupulatnie próbuje odnosić się do tez psychologów – te wysyłają postać w głąb samej siebie, na spotkanie z własnymi emocjami. Twórcy diagnozują konflikt bohaterki z ojcem, który później rzutuje na jej relacje z mężczyznami. Starszy wykładowca – manipulator – również ma istotny wpływ na działania dziewczyny. Szkoda zatem, że gdzieś w połowie filmu następuje gwałtowny regres treści. Ciekawa nastolatka z głową Einsteina zastąpiona zostaje klasyczną bohaterką komedii romantycznych, może niegłupią, ale zbyt przeźroczystą.

Pierwsze sekwencje sprawiają wrażenie niezłego poradnika dla nastolatków, opowiadającego o tym, jak pokonać depresję i wyjść na spotkanie z ludźmi. Krok po kroku ta „coachowa” narracja prowadzi jednak w strukturę komedii romantycznych. Scenarzystka, Kara Holden, z minuty na minutę pozbywa bohaterkę oryginalnych cech. Ostateczny wydźwięk filmu wydaje się niepokojący – apologia prostoty stawia sobie za wzór konformizm (zarówno jeśli przyjrzymy się działaniom Carrie, jak i w perspektywie formy widowiska).

Na wstępie pojawia się też motyw listy, składającej się z sześciu punktów – zrealizowanie każdego z nich ma rzekomo posłużyć Carrie jak długoterminowa tabletka szczęścia. To stały podpunkt romansów dla nastolatków, spośród których niemal wszystkie posiadają w sobie wyeksponowany „mcguffin” – przedmiot skupiający na sobie fabułę filmu albo serialu. Co ciekawe, w tego rodzaju tytułach najczęściej jest nim lista. Bohaterka Kiedy się pojawiłaś posiada spis rzeczy i czynności do zrealizowania przed śmiercią. Trzynaście powodów z odcinka na odcinek obrazuje, dlaczego Hannah Baker popełniła samobójstwo. W Carrie Pilby lista sześciu rzeczy prowadzących dziewczynę do szczęścia staje się pierwszą oznaką tendencyjności, która stopniowo coraz intensywniej wkrada się na ekran.

Za powstanie Carrie Pilby odpowiadają dwie kobiety – Susan Johnson (reżyseria) i wspomniana wcześniej Kara Holden (scenariusz). Przyznam, że kobieca wrażliwość obu twórczyń odczuwalna jest w każdej scenie, w której bohaterki muszą konfrontować się z nieprzyjacielskim światem mężczyzn. Sposób, w jaki dorosły wykładowca manipuluje młodszą dziewczyną, przywodzi na myśl lekcję psychozy z subiektywną perspektywą ofiary. Również emocjonalna głębia oraz działanie głównej bohaterki zostaje poparte kobiecym doświadczeniem. Cudownie, że Hollywood nie każe już myśleć żeńskim postaciom w męski sposób. Możliwe, że właśnie tutaj znajduje się klucz, wedle którego nawet nagromadzenie klisz posiada w sobie ten realistyczny, damski pierwiastek. Nic dziwnego, że reżyserka dostała po Carrie Pilby propozycję zrealizowania dla Netfliksa innej teen dramy, Do wszystkich chłopców, których kochałam.

Kwestią sporną pozostaje, na ile feministyczna teza wybrzmiewa w końcowym rozrachunku filmu. Gdzieś w połowie Carrie próbuje poznać partnera, ale równocześnie chce pozostać sobą. Niestety, sama nie daje sobie rady z nawarstwiającymi się czarnymi chmurami w jej głowie. Stopniowo świat mężczyzn pozwala uporać się bohaterce z problemami. Czy dałaby sobie bez nich radę? Z takim mózgiem i wrażliwością, na pewno! Szkoda zatem, że wznoszone początkowo tezy okazały się niekonsekwentnym preludium kina masowego, również masowo pustego. Mimo to Carrie Pilby wciąż pozostaje bardziej realistycznym wariantem Gwiazd naszych wina oraz Kiedy się pojawiłaś, przez co z pewnością warta jest uwagi. Bardziej w kręgach złamanych serc nastolatków oraz w grupach osób zranionych przez emocje, gdzieś obok Między słowami i komedii Woody'ego Allena.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Ten film przemądrza się, ja bohaterka, a tak naprawdę nie ma za dużo nowego do powiedzenia w kinie. 4

Filmy o nadinteligentych młodych osobach, niepasujących do społeczeństwa to zawsze dobra przynęta na widza. Jeżeli jest zrobiona bezpretensjonalne oraz nisiłowo. Niestety Carrie Pilby to chwilami nieznośna próba nauki życia, szkicowana na żywo, w rytmie Frances Ha, ale swoim symulanctwem intelektualnej i szczerej historii bliżej filmowi do pamiętnika (mądrej) księżniczki.

Nasza bohaterka to 19-letnia absolwentnka Harwardu, która jest o wiele dojrzalsza od wielu otaczjących ją starszych osób. Co zostaje nam mało subtelnie udowadnianie na każdym kroku. Jej wysokie IQ i aspołeczność wiążę się jednocześnie z przygotowaną ciętą ripostą na każą okazję i zagadywaniem swojego psychoterapuety. Podczas jednej z sesji dostaje od niego listę zadań, które z początku oczywicie zbywa intelektualną tyradą, potem jednak niechcący odchacza punkt za punktem. Zamiast wystawiać notę życiu, zaczyna w nim uczestniczyć.

Podstawowym problemem filmu Carrie Pilby jest dojmujące uczucie waty i innych pustych kalorii w filmie. Wszystko jest wypchane. Ona przeczytała cytaty, a nie te wszystkie książki, jej problemy są opakowane w folię bąbelkową, a wszystkie jej sytuacje ektremalne zostają przedstawioną z taką naiwnością, że moglibyśmy w nie uwierzyć w wieku 17 lat – gagi, a nie dramaty. Narracja jest tutaj bardzo niedojrzała, nie dopuszcza nas do garderoby wnętrza bohaterki, a pokazuje ją już w gotowych stylizacjach. Nikt nie wierzy, że Carrie nie spadnie na cztery łapy i że miała kiedykolwiek prawdziwego guza.

Problem tkwi w wykoncypowaniu tego filmu na jakąś młodszą wersję zwiewnej, ale intelektualnie sycącej komedii w stylu kina Sundance. Jednak wszystko zmierza już od początku ku szczęśliwemu zakończeniu, a raczej wiedzieć do od początku filmu, to o niczym dobrym w kinie nie świadczy. Do tego postaci drugoplanowane są tak przerywowane, żeby nasza bohaterka była jeszcze mądrzej i dzwniej przedstawiona. Tylko jej unikatowy charakter jest tak często podkreślany, że już w pewnym momencie, zaczyna być to próżne i egoistyczne kino.

Carrie Pilby przegrywa przez brak pomysłu na siebie i stanie w rozkroku pomiędzy skromnym kinem ekscentryków próbujących żyć naprawdę, a modą na bycie freakiem. Ten film dużo udaje, ale mało widzowi daje.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie