Śmierć Stalina 6.5

Film przedstawia ostatnie dni sowieckiego dyktatora i chaos reżimu po jego śmierci.

Recenzje

Brytyjski humor i brytyjscy aktorzy na rosyjskim dworze – czy można oczekiwać w kinie lepszej kombinacji? 7
  • 2019-01-21
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Szekspir zagląda pod spódniczkę Matce Rosji, obserwując rozpadający się dwór po śmierci władcy – spisek jest tutaj sprawą codzienną, a każda kolejna decyzja może skrócić któregoś bohatera o głowę. Oczywiście, miejsce dworu zajmują kolejne warstwy ustroju komunistycznego z gromadą odpychających oszołomów w biurach na samej górze. Władcą jest Stalin – martwy, jak dało się ustalić na poziomie tytułu filmu.

Na rynek polskich płyt DVD już dawno nie trafił tytuł, który w równie satysfakcjonujący sposób obrazowałby arenę polityczną związku sowieckiego. Generalnie powstaje mało współczesnych filmów, śledzących historię komunizmu albo przypatrujących się życiu wielkich wodzów ZSRR – dla globalnych twórców znacznie atrakcyjniejsi wydają się bestialscy naziści. Może to przez charakterystyczną ikonografię, wzniesioną wokół III Rzeszy, może przez postać przywódcy – ostatecznie: może przez kontrowersyjny nurt nazi-exploitation z lat 70. XX wieku, znoszący tematy tabu na rzecz kajdanek oraz szminki. Sowieci nigdy nie doczekali się podobnych filmów (winę może ponosić temperatura w łagrach – pewnie nikomu nie chciało się rozbierać w takich warunkach). Zatem jedną z pierwszych – zdystansowanych – prób opowiedzenia historii komunizmu jest właśnie Śmierć Stalina.

Wszystko zaczęło się w 2010 roku, kiedy na półki w księgarniach trafił frankofoński komiks „Śmierć Stalina”. Historia tam zawarta zaglądała w głąb Żelaznej Kurtyny, podglądając spektakl marionetek na podstawie scenariusza Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Zeszłoroczny film stanowi adaptację komiksu właściwie w skali 1:1. Podobnie, jak miało to miejsce przy okazji Sin City, także tutaj kolejne okienka powieści graficznej posłużyły twórcom za swoisty storyboard – próbę wizualizacji kolejnych scen widowiska. Mało tutaj wkładu scenarzystów, choć przynajmniej w ten sposób udało się zachować wysoką jakość oryginału (inaczej niż miało to miejsce m.in. w przypadku ekranizacji „Preachera” / „Kaznodziei”). Oczywiście obie historie pokrywają się ze sobą z małym wyjątkiem: pustą, białą przestrzeń między kolejnymi ramkami w „Śmierci Stalina” wypełniono na potrzeby filmu hektolitrami czarnego humoru. Natomiast dwuwymiarowe postacie z kart komiksu nabrały wspaniałej, trzeciej płaszczyzny – wszystko za sprawą doskonałych kreacji aktorskich.

Wydanie DVD Śmierci Stalina – dystrybuowane w Polsce dzięki Kino Światowi – atakuje widzów atrakcyjnymi zachętami: „To jest film roku” (The Guardian – pewnie zanim zobaczyli Climax), „Nieskończenie zabawne arcydzieło” (Heyuguys.com), „Tryumf czarnej komedii” (BBC.com). Trudno nie zgodzić się z podobnymi opiniami. Całokształt posiada klimatyczny chłód sowieckich warunków politycznych (z NKWD w roli zamaskowanego mordercy), rozładowany absurdalnym poczuciem humoru. Nic dziwnego, że w obsadzie znalazł się Michael Palin, skoro fabuła Śmierci Stalina przypomina niejednokrotnie skecze grupy Monty Pythona. Szkoda zatem, że skrupulatnie wzniesiona intryga wyparowuje gdzieś pod koniec filmu, a teczki Stalina, w których najdumniejszy wąs ZSRR zapisał wszystkie niewygodne nazwiska, okazują się zwykłym macguffinem, spinającym fabułę. Czy to problem? Skąd, skoro niemal cały czas ekranowy schodzi na oglądanie najznakomitszych kreacji aktorskich zeszłego roku.

Na duży ekran powraca Steve Buscemi (twarz, która zainspirowała Amerykanów do stworzenia Strefy 51), wcielający się w Nikitę Chruszczowa. To najlepsza rola aktora od czasów Wściekłych psów w reżyserii Quentina Tarantino. Kroku na planie dotrzymuje mu Jeffrey Tambor oraz cudowna Andrea Riseborough. Scenariusz z ich pomocą przybiera lekki, ale wiarygodny ton – humor jest celny i subtelnych, ale niezbyt nachalny, aby nie rozproszył podjętej, historycznej narracji w banialuki pokroju Dyktatora z 2012 roku. Śmierć Stalina śmiało można przerobić na sztukę teatralną i wystawiać na całym świecie.

Brytyjski humor i brytyjscy aktorzy – czy można oczekiwać w kinie lepszej kombinacji? Do tego fabuła oparta na faktach i szczery śmiech w miejscu, gdzie nikomu nie było raczej zbyt wesoło (chyba że akurat opił się wódki). Absurd przenika w mroźny świat ze szkolnych podręczników, demitologizując ustrój komunistyczny. Przez śmiech twórcy decydują się bowiem wytknąć wszystkie wady rządów ZSRR – lęk polityków na wyższych szczeblach przed NKWD, dyktaturę oraz marionetkowość kolejnych szefów czy ministrów. Zabrakło mi tylko zawiązania bardziej napiętych relacji między postaciami – zamiast siedzenia na szpilkach w obawie przed losem kolejnych bohaterów twórcy podrzucają widzom co najwyżej parę igieł. Żeby zszyć brzuch po pęknięciu ze śmiechu.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie