Wszystko albo nic 5.9

Kiedy oficjalnie przyznajesz, że liczysz swoje orgazmy, w nadziei na udany związek zawieszasz nad łóżkiem mandalę seksu, a wszyscy twoi przyjaciele są singlami, którzy bez powodzenia szukają prawdziwej miłości to znaczy, że trzeba coś w życiu zmienić. Lindę (Tatiana Pauhofová) od bardzo wczesnego wieku zaczęły interesować książki z półki "tylko dla dorosłych". Obecnie, zrażona do relacji damsko-męskich i mająca na swoim koncie bezpowrotnie zakończony długoletni związek, jest współwłaścicielką księgarni z literaturą, której bliżej do "Kamasutry" niż "Krecika". Jej partnerką w interesie i najlepszą przyjaciółką jest Vanda (Klára Issová) – pragnąca przygód nimfomanka, która brzydzi się spotykaniem tego samego mężczyzny dwie noce z rzędu, nie mówiąc już o poznawaniu jego imienia. W prowadzeniu sklepu pomaga im Edzio (Ľubo Kostelný) – ubóstwiający mięsne potrawy gej, który podobnie jak jego dwie koleżanki, w głębi serca pragnie spotkać "tego jedynego". Wszystko zmieni się, gdy do życia grupy przyjaciół wkroczy czterech mężczyzn: wysoki, zadbany i niezwykle wrażliwy (szczególnie na dietę inną niż wegetariańska) Leo (Petr Vaněk), lekko siwiejący i lubujący się w młodszych kobietach profesor uniwersytecki (Krzysztof Tyniec), rozsądny i zabójczo przystojny biznesmen (Michał Żebrowski) oraz romantyczny i czarujący lekarz (Paweł Deląg). Chociaż miłość to same kłopoty, to i tak trójka przyjaciół odda się jej bez reszty.

Recenzje

Homoseksualiści, wegetarianie, pazerne kobiety i złe korporacje – wszystko przedstawione zostaje w infantylnym świetle i nic nie bawi tutaj widzów. 1
  • 2017-09-26
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Najwyraźniej nie tylko Polacy mają problem z realizacją szeroko rozumianego gatunku komedii. Nad powstaniem Wszystko albo nic pracowały trzy kraje – Polska, Czechy i Słowacja. Produktem ich współpracy stał się widowiskowy festiwal żenady, pełen infantylnego poczucia humoru i przaśnych żartów z przepastnej księgi dowcipów – rozdział: seks i LGBT.

Trzy kraje – obsada mówiąca trzema różnymi językami. Motyw łączący: malownicze zdjęcia Tatr i niesłychana lekkość w pisaniu ciężkostrawnych komedii (podobno) romantycznych. Wizję „miłości” w filmie dekonspiruje pierwsze zdanie opisu w książeczce dołączonej do polskiego wydania DVD: "Kiedy oficjalnie przyznajesz, że liczysz swoje orgazmy, w nadziei na udany związek zawieszasz nad łóżkiem mandalę seksu, a wszyscy twoi przyjaciele są singlami, którzy bez powodzenia szukają prawdziwej miłości to znaczy, że trzeba coś w życiu zmienić". Gwarantuję, iż nic nie zmieniałem w tym zdaniu (nawet gramatyczny zapis odpowiada próbom poprawnej interpunkcji z książeczki).

"Pikantnie romantyczna komedia" jest w istocie diabelnie męczącym seansem, w którym bohaterowie rozmawiają wyłącznie o seksie. Niestety, ich wrażliwość, moralność i psychika zatrzymały się na czasach gimnazjum, dlatego zobrazowanie bliskości cielesnej zostaje oddane tutaj za pomocą przaśnych schematów kina pornograficznego. Przypadkowość fabuły Wszystko albo nic również ma w sobie coś z pokrewnego – zdecydowanie antyromantycznego – nurtu porno.

Wszystko albo nic powstało w oparciu o słowacki bestseller literacki pod tym samym tytułem. Eva Urbaníková napisała książkowy oryginał, by później spróbować swoich sił w roli scenarzystki filmu. To był błąd. Produkcja swoim aktorstwem, scenografią oraz zaangażowaniem fabuły przypomina „christmas special” któregoś z polskich seriali paradokumentalnych w stylu „Trudnych spraw” czy „Szkoły”. Historia nie posiada żadnego celu, aktorzy snują się po planie, tworząc swoimi dialogami produkt pseudohumorystyczny. Aby fabuła była jeszcze prostsza, postacie co chwila „przypadkowo” wpadają na siebie, jakby mieszkali w wiosce z jedną ulicą, a nie w kilkudziesięciotysięcznym mieście.

Przede wszystkim Wszystko albo nic upstrzone zostaje masą obraźliwych stereotypów. Homoseksualiści, wegetarianie, pazerne kobiety i złe korporacje – wszystko przedstawione zostaje w infantylnym świetle i nic nie bawi tutaj widzów. Twórcom wydaje się, że zbieranina stereotypów oraz dowcipy z rynsztoka są receptą na humor dla dorosłych - nic z tych rzeczy!

Film Marty Ferencovej to długi – 107 minut – i bezcelowy pożeracz Waszego cennego czasu. Dzień będzie piękniejszy bez tego seansu. A i koszmarnie dopasowany polski dubbing nie będzie ranił Waszych uszu.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
To komedia romantyczna, która powtarza się nieznośnie i jej lekkość waży za dużo, bo jest z tworzywa sztucznego. 2

Z tytułu nowego, a raczej „nowego” filmu polskiego z kategorii komedii romantycznych (co tym razem jest określeniem już wartościującym) Wszystko albo nic do clue produkcji wybrałabym słowo „nic”. To zespół powtórzeń, marzący o byciu Bridget Jones albo Notting Hill z pazurem. Tampy ten paznokieć jednak niemiłosiernie, jak i sama produkcja.

Nasza bohaterka jest matką samotnie wychowującą córkę, ale nie samotną. Otaczają ją przyjaciółka i wspólniczka księgarni oraz przyjaciel gej – również tam pracujący. Obie się naczytały historii miłosnych i jedna z nich w nie wierzy, druga staje wręcz w opozycji przyjmując bardziej praktyczną i wyzwoloną strategię. Raz, drugi, trzeci wpada na tego samego mężczyznę, a potem wpada po same uszy. Zakochuje się, ale do żyli długo i szczęśliwe daleka droga i może wcale nie dotyczyć tego samego mężczyzny, który wpadł jej pod nogi.

Ten film to fałszowanie na ekranie i to jeszcze znanych, cudzych dźwięków, pseudo wyzwolonych produkcji z podglądaniem Seksu w wielkim mieście. Nie kopia, bo ze zbyt daleka widać że podrobiona. Mamy złego chłopca, który uwodzi, pociąga, pachnie jak żaden inny i snuje plany jak z bajki. W pewnym momencie jednak bohaterka dostaje prztyczek w nos, nie jedyna. Jej przyjaciółka po jednorazowej przygodzie ze swoim wykładowcą, w którym się kochała, ale 20 lat temu, zdecyduje się z nim zostać w związku. Wkracza udawany konflikt bez ciężaru – pragmatyzm kontra romantyzm. A jeszcze w pobliżu krąży lekarz, który nie jest uwodzicielskim bydlakiem, tylko dobrym chłopakiem.

Ale to już było i nie wróci więcej, chciałoby się zaśpiewać… ale wróciło. Od początku do końca wiemy co się wydarzy, gramy w otwarte karty, gdzie ktoś udaje że proponuje rozbieranego pokera, a to naprawdę remik. Żadnej temperatury, zwrotów akcji, tylko symulacja życia.

Wszystko albo nic jest komedią romantyczną i ma swoje prawa gatunkowe, jednak nie przegrywa podczas porównywania do filmów kultowych w swojej wadze, tylko ponosi porażkę w zestawieniu z kinem chociaż trochę myślącym i scalonym. Lekkość, która jest oczywista przy takich produkcjach waży tutaj tonę, bo jest sfilmowana z samego tworzywa sztucznego.

2 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie