Ptaki śpiewają w Kigali 5.6

Jest rok 1994. Po tym, jak w Kigali zestrzelono samolot prezydenta Rwandy, trwają rozruchy między plemionami Tutsi i Hutu. W ciągu trwających 100 dni czystek z rąk ekstremistów ginie około miliona ludzi. Świadkiem tych wydarzeń jest Anna (Jowita Budnik) – polska ornitolog, która przyjechała do Afryki, aby prowadzić badania nad spadkiem populacji sępów w Rwandzie. Gdy zaczyna się ludobójstwo, Polka ratuje przed śmiercią młodą dziewczynę z plemienia Tutsi – Claudine. Anna umożliwia ocalonej ucieczkę do Polski. Po przylocie do kraju kobiety próbują otrząsnąć się z koszmarnych przeżyć, ale nie są w stanie wpisać się w rutynę codziennego życia. Pewnego dnia, po upływie kilku lat, Klarysa decyduje się na powrót do ojczyzny. Anna postanawia wyruszyć wraz z przyjaciółką w tę niezwykle emocjonalną podróż do samego serca Afryki.

Recenzje

Twórcy zamiast zalać świat przedstawiony eskalacją przemocy wolą w ciszy nasłuchiwać śpiewu ptaków. 7
  • 2019-03-07
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Tuż po II wojnie światowej, kiedy otwarto wrota nazistowskich fabryk śmierci, wydawało się, że ludobójstwo na zawsze opuściło ludzkie czyny, myśli i zachowania. Niestety, nie trzeba było długo czekać na kolejne zbrodnie, których motywacja skrywała się za tłem etnicznym. Joanna Kos-Krauze oraz jej mąż Krzysztof Krauze w swoim ostatnim filmie mierzą się z zagadnieniem ludobójstwa w Rwandzie. Zamiast zalać świat przedstawiony eskalacją przemocy, wolą w ciszy nasłuchiwać śpiewu ptaków.

Przygotowania do filmu trwały blisko 10 lat. Tyle wystarczyło, aby romansidło z szufladki _melo-afro_ (początkowo produkcja miała przedstawić historię miłosną między białym dominantem i uległą mu czarnoskórą dziewczyną) przekształciła się w bolesną fabułę o kwestiach tożsamościowych w skłóconym świecie. Pożegnanie z Afryką zamieniono w dojmujące „pożegnanie z kolonią” – to właśnie skutki działalności Europejczyków wszczęły ruchy narodowe i plemienne w licznych afrykańskich krajach. W Rwandzie plemię Hutu – przez długie lata podsycane przez Belgów i Francuzów – złapało za broń, brutalnie mordując wrogi lud Tutsi. Liczba zmarłych nie ma tu znaczenia, twórcy filmu unikają również popadania w zgubne żonglowanie zaokrąglonymi (zakrwawionymi) liczbami. Zamiast rachunków ścisłowców przemawiają w dialekcie humanistów: posługują się językiem poetów. Zginęło tak wiele osób, że ocaleni nie nadążali z pochówkiem ich ciał. Z dnia na dzień wzrosła populacja sępów, żywiących się zwłokami zamordowanych – gdy pożarły już wszystkie trupy, zajęły się lokalnym ptactwem. Ptaki przestały śpiewać w Kigali.

Transgresja przedstawionych zachowań, czynów bohaterów, ich postaw oraz blasku w oczach przenika barierę ekranu – wypełza daleko poza przestrzeń kadru, pozwalając opowiedzieć o traumie z niespotykaną dotąd subtelnością. Zamiast hałaśliwego kina posttraumatycznego, jakiego nie odpuścił sobie Spielberg w Liście Schindlera, małżeństwo Kos-Krauze pokłada wiarę w ciszę i obraz – buduje atmosferę bólu i tragedii, unikając drapieżnych zbliżeń na fizyczną przemoc i bestialstwo. W nawias bierze to, co unaocznione w traumie. Wizualnie dąży do zobrazowania wewnętrznych przemian bohaterów – oczywiście efekt udaje się również dzięki doskonałemu duetowi aktorskiemu w głównych rolach.

Postacie grane przez Jowitę Budnik (etatową aktorkę małżeństwa Kos-Krauze) oraz Eliane Umuhire pochodzą z dwóch niezależnych kultur – również ich percepcja na ludobójstwo w Rwandzie podlega skrajnie innym kontekstom. Pierwsza to ornitolożka, przebywająca w Afryce w trakcie masakry – druga: mieszkanka Rwandy. Wrażenie robi zatem sposób, w jaki aktorki odnajdują się w swoich rolach wspólny język, siostrzany dyskurs, do którego dorastają na przestrzeni całego filmu. Kwestia wydaje się tym trudniejsza, gdyż duża część scen odbywa się albo w niemej kontemplacji, albo w eksplozjach skrajnych emocji. Zwłaszcza, że dla Eliane Umuhire fabuła filmu nie jest wyłącznie pustą fikcją czy popisem gry aktorskiej – eskapistycznym wytworem twórców. Przeciwnie, kobieta jest Rwandyjką, która na własnej skórze przeżyła ludobójstwo w 1994 roku. Dziś działa jako czynna aktywistka oraz członkini zespołów teatralnych, wystawiających spektakle na rzecz pamięci o zmarłych – również w filmie Ptaki śpiewają w Kigali nie zabrakło scen performance'u utalentowanej artystki.

Przestrzeń staje się protezą emocji bohaterów, natura pełni z kolei rolę zwierciadła ich odczuć i refleksji. Podobnie jak w Ostatniej rodzinie także tutaj operatorzy podglądają bohaterów zza rogu pokoju. Posługują się długimi, statycznymi ujęciami, wypełniając obraz emocjami nawet wtedy, gdy akcja i działanie postaci odbywa się w przestrzeni pozakadrowej. Skrupulatnie wznoszą kontemplacyjny charakter obrazu. Z drugiej strony przyroda – zwłaszcza ptactwo – staje się plastyczną materią niejednoznacznych kontekstów oraz wyrafinowanych figur stylistycznych. Twórcy komunikują się z widzami również poprzez dokumentalne sceny afrykańskiej fauny i flory – na bazie niejednoznacznych skojarzeń wznoszą konstrukcję filmu; niczym refren, przypominają o krążących sępach i czekają na pierwszy śpiew ptaków.

Joanna Kos-Krauze oraz Krzysztof Krauze znajdują własny, poetycki język na wyrażenie myśli o ludobójstwie oraz późniejszej traumie. Tragedia w Rwandzie potraktowana zostaje z dostateczną uniwersalnością, tak że po czasie przyjmuje metaforyczny wymiar wszelkich scen zbrodni na dużą skalę, których przewodnią ideą była nienawiść względem innej grupy etnicznej. Z jednej strony odkopane groby oraz dobytek, który trafia w ręce wrogów, przypomina kwestie polsko-żydowskie z niedalekiej przeszłości. Z drugiej: pierwsza połowa Ptaków… rozgrywa się w Polsce w 1994 roku, kiedy ocalała z ludobójstwa reprezentantka Tutsi próbuje skonstruować od podstaw własną tożsamość (z podobnymi – równie wewnętrznymi demonami – mierzy się postać grana przez Budnik, jej dramat również odbywa się na bazie interakcji z otoczeniem oraz rodziną). Kontekst statusu uchodźcy oraz recepcji Polaków na mieszkańców innych krajów, którzy wyraźnie różnią się kolorem skóry, pozwala postawić aktualne pytania w sprawie percepcyjnej gotowości obywateli spod flagi biało-czerwonej na uchodźców ze Wschodu. Niestety, z tym – jak wiadomo – nie jest zbyt łatwo…

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
To historia o przeszłości i próbie radzenia sobie z traumą. Bez szantażu emocjonalnego, subtelnie, ale radykalnie o tym ile zła produkuje człowiek. 7

Kino Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze charakteryzuje się pewną niebezpośredniością, prawdą przeszłości zawieszoną w górze i opadającą na widzów, ale trzymającą w mackach bohaterów. Tak też o przeżyciach Polskiej ornitolożki pracującej w Rwandzie opowiada ich nowy film Ptaki śpiewają w Kigali. Prócz subtelnego poprowadzenia narracji o wielkiej traumie i próbie życia z nią, bo nie można żyć po niej (ta się nie kończy) jest jeszcze makro bohaterstwo w mikro przedstawieniu. Mimo pewnych rozprężeń w formie prowadzenia akcji, to kino spełnione, skupione, z ostrymi krawędziami, jak na styl państwa Krauze.

Anna Keller to badaczka, która podczas jednej z misji w Rwandzie, współpracuje z innym badaczem, nie wiemy jaka była ich relacja – w ogóle dostajemy mało informacji z przeszłości. Była tam od roku 1994. Czyli wtedy, kiedy trwała jedna z największy rzezi we współczesnym świata, gdzie zginęło około miliona ludzi, w wyniku czystek prowadzonych przez ekstremistów. Spotykamy ją nie na linii frontu, w środku tych okrutnych wydarzeń, tylko po wszystkim (chociaż dalej jest „w” tym głową). Uratowała i przywiozła ze sobą do Polski po wielu problemach i trudnościach Claudine. Ta, z początku przebywająca w miejscu dla uchodźców, obecnie może być odesłana z powrotem, gdyż oficjalnie nie ma zagrożenia w miejscu, z którego pochodzi. Mówi to jednak pani urzędniczka z Polski, która jest tysiące kilometrów od tego miejsca i nie widziała tego, co obie kobiety. Anna, na początku pełna oporów, zabiera ją do siebie. Dogląda umierającego ojca, który również był ornitologiem, światowej klasy. Otacza ją ból i cierpienie, mimo że jest już we własnym domu.

Widzimy poważne i naturalistyczne studium traum dwóch kobiet, które wiele straciły. Tylko jedna wróciła do domu, druga z niego uciekła. Jednak żadna z nich nie czuje się u siebie, bezpieczna, czy stabilna w jakikolwiek sposób. Nie dostajemy histerycznych scen, chociaż łatwo było podeprzeć się wywołaniem wrażenia szoku w widzu taką historią. Nie – nawet flashbecki, które dostajemy nie są ekstremalne. O wiele bardziej dotkliwe są próby życia kobiet na co dzień, które są zmaganiami. Dla Claudine życie w Polsce jest ratunkiem, jednak pragnie odnaleźć i odwiedzić grób rodziny. Anna nie chce wracać do tamtego świata. Obie odtrącają wszystkich wkoło – Witold – partner naszej bohaterki odchodzi, ponieważ ta nie mówi nic, nie daje sobie pomóc, jest silna, ale zaryglowana od środka. I właśnie tam tkwi nerw tego filmu – w niej. A my dostajemy jego symptomy po skrawku, dlatego ta narracja jest tak radykalna we wnioskach, ale skromna w sposobie opowiadania.

Twórcy chwilami nas nie oszczędzają. Nie bez powodu, kiedy kobiety jadą do Rwandy po tym wszystkim, widzimy sceny tak bliźniacze z Auschwitz. To zimny prysznic i wytrącenie ze strefy komfortu – żyjemy tragedią, która jest najbliżej nas lub dotyczy naszych bliskich, a nie trzeba uciekać daleko na osi czasu, by na bieżąco sobie uświadamiać, że produktem/substancją najczęściej wytwarzaną przez człowieka, jest zło. Skutki tego zła są wyryte na twarzach kobiet, które je widziały, a nie pokazane dosłownie. Dużą umiejętnością jest wyrazić opinię na temat czegoś i pokazać cudzą tragedię, dramat, po jej zakończeniu, a widz odczuwa jakby w tym uczestniczył.

Ptaki śpiewają w Kigali nie są tak skutecznie poetyckie niestety, jak poprzednie filmy autorów i zmieniają po drodze trochę sposób opowiadania, jednak nie wykorzystują obrazów z wielkiego dramatu, by pokazać skutecznie dramat. I to jest sztuka filmowa.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie