Życzenie śmierci 5.8

Paul Kersey (Bruce Willis) jest chirurgiem, który co dzień ratuje ludzkie życie. Gdy nieznani sprawcy dokonują brutalnego napadu na jego rodzinę, po raz pierwszy sam musi zwrócić się o pomoc. Policja pozostaje jednak głucha na jego apele. Zdesperowany mężczyzna postanawia więc własnoręcznie wymierzyć sprawiedliwość. Gdy uwagę mediów przyciągają zabójstwa kolejnych gangsterów, wszyscy zadają sobie jedno pytanie: giną oni z ręki bohatera czy bandyty? Wiedziony pragnieniem zemsty Kersey dostrzega, że może pomóc także innym. Nie każdemu podoba się jednak to, że mężczyzna staje ponad prawem, policja zaś jest coraz bliżej odkrycia tożsamości mściciela.

Recenzje

Remake bezpieczny. Aż do bólu... 6
  • 2018-04-16
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Istnieją takie filmy do bólu bezpieczne. Produkcje, które oglądasz z lekkim zainteresowaniem, ale gdy kończą się napisy końcowe, trudno jest opisać w jednoznaczny sposób, to co właśnie widziałeś. Więc pewnie poprzestaniesz na zwykłym „no było okej”. Dokładnie takim filmem jest Życzenie śmierci.

Paul Kersey jest chirurgiem w Chicago. Nastały ciężkie czasy dla tego słynnego miasta. Przestępczość osiąga szczyty, a Policja zdaje się załamywać ręce. Naszego bohatera to jednak nie obchodzi. Żyje szczęśliwie z żoną i córką, aż do pewnego wieczora, gdy grupa włamywaczy morduje jego żonę i poważnie rani jego córkę. Widząc niezdarność policji, postanawia wziąć sprawy we własne ręce i wymierzyć sprawiedliwość wedle własnego osądu.

Film zawiera się w klasycznej formule opowieści o zemście, dość pretekstowo otwierając pole do popisu dla protagonisty, tak aby ten w serii coraz bardziej krwawych konfrontacji mierzył się z kolejnymi adwersarzami. Jednocześnie między poszczególnymi konfrontacjami, obserwujemy szereg interakcji z innymi postaciami, oraz rozmaite przemiany, które zachodzą w życiu naszego doktora. Wszystko przebiega jak w swoistym podręczniku pod tytułem „jak opowiedzieć historię zemsty”.

W roli głównego bohatera, mamy Bruce'a Willisa, ikonę kina akcji, która to w tym filmie udaje, że nie ma bladego pojęcia na temat broni. Jest to z pewnością ciekawa rola, choć znowu, przez to, że film jest tak bardzo poprawny, nie ma w tej roli nic, co wybijałoby się ponad przeciętność. Mamy też Vincenta D'Onofrio w roli jego brata, Franka. To mogłaby być bardzo interesująca niejednoznaczna postać, gdyby tylko nie została sprowadzona do roli głosu rozsądku. W sumie jedną z postaci, do których mógłbym się naprawdę przyczepić, jest główny antagonista filmu. Wyjawienie tej tajemnicy przychodzi relatywnie bez jakiegoś większego echa. Sam główny zły jest do bólu przeciętny i nie ma w nim nic specjalnie interesującego. Najbardziej interesująca oś konfliktu następuje pomiędzy Głównym bohaterem a detektywem zajmującym się sprawą morderstwa jego żony. Tylko, po pierwsze, postać detektywa ogranicza się w sumie do sypania sucharów na temat zdrowego żywienia (serio), a po drugie, jest to zwykły nieudacznik. Nie udaje mu się znaleźć żadnego tropu w żadnej z rozwiązywanych spraw, dopóki główny bohater nie wyrusza na swoją wendettę.

Jedyną w miarę intrygującą rzeczą, którą film wnosi od siebie do tematu, jest aspekt społecznościowy opowieści. Poczynania głównego bohatera odbijają się głośnym echem w wiadomościach, a radiowi spikerzy toczą zażarte dyskusje na temat moralności działań mściciela, nazwanego przez społeczność Grim Reaper. Niestety jednak ten motyw kończy się na byciu ledwie intrygującym, bo wnioski podejmowane przez spikerów, nie prowadzą donikąd. Ba, malowana jest tu nawet swoista zachęta dla postępowania głównego bohatera. Nawet gdy pojawia się motyw naśladowców Reapera, nie ma on większych konsekwencji ani w historii, ani w morale filmu.

Przyczepić się nie można do aspektów technicznych. Film wygląda solidnie, brzmi solidnie, scenografia jest solidna, choreografia scen walki również. Jest to film, który jest wykonany solidnie aż do bólu.

I właśnie to aż trochę boli, bo choć nie mogę powiedzieć, żebym nudził się na seansie, to jednocześnie, nie mogę za bardzo pochwalić tego filmu, bo nie mam po prostu za co. Nie mogę powiedzieć, że urzekła mnie sprytna i inteligentna historia, bo tego tu nie ma. Sceny akcji? Jeszcze nie widziałem udanego filmu opartego tylko na scenach akcji, bez żadnej fabuły. Wszystkie punkty realizacji typowego filmu tego gatunku są tu po prostu odhaczone, ale nie czuć, żeby twórcy starali się zrobić coś więcej. Zupełnie tak, jakby uznali, że charyzma Bruce'a Willisa, w zupełności wystarczy, by przykuć uwagę publiki.

Oczywiście, nie ma w tym nic złego. Wbrew pozorom, potrzebne są światu takie proste filmy akcji. Takie, które można znaleźć wieczorem na jakiejś zapomnianej przez ludzi stacji telewizyjnej, i po prostu spędzić godzinkę czy dwie chłonąc tego typu głupkowate produkcje jak gąbka. Sam jestem ich wielkim miłośnikiem i wiele im wybaczam. Jednakże żyjemy w kulturze, która wymaga od swojej rozrywki coraz więcej i więcej. I coraz trudniej jest mówić o tego typu filmach inaczej niż po prostu „okej”.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie