Wściekły Nick 6.1

Nick (Til Schweiger) jest twardym policjantem, który stracił żonę z rąk tureckiej mafii. Jego porywcza córka (Luna Schweiger) rusza do Stambułu, aby pomścić śmierć matki. Plan dziewczyny nie wypala i trafia w ręce nieobliczalnych gangsterów, którzy zajmują się wywozem młodych kobiet do nielegalnej kliniki transplantacji organów w Moskwie. Na miejscu ma zostać poddana drastycznej operacji wykonanej przez bezwzględnego lekarza znanego jako „The Sandman”. Na wieść o zniknięciu córki, pełen furii Nick rusza na ratunek. Na miejscu trafia na trop tajemniczego Chekera, który stoi za porwaniem dziewczyny. Doskonale wytrenowany policjant zrobi wszystko, aby uwolnić swoje dziecko, a każdy kto stanie mu na drodze będzie musiał się liczyć z natychmiastową egzekucją. Kiedy uratowanie córki jest już na wyciągnięcie ręki, na drodze Nicka staje jego dawny przeciwnik – powiązany z rosyjską mafią bandyta Firat Astan. Czas ucieka.

Recenzje

Nick ratuje córkę przed gangsterami 4
  • 2017-07-19
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Film Christian Alvart Wściekły Nick to niestety gorsza kopia filmów Uprowadzona i John Wick. To taki typ kina, które próbuje silić się na produkcję rodem z Hollywood, aczkolwiek nie prezentując sobą nic odkrywczego, będąc jedynie pustą kalką lepszych obrazów.

Fabuła filmu jest dość prosta i banalna - koncentruje się na postaci policjanta Nicka (Til Schweiger), która musi ratować córkę porwaną przez groźnych gangsterów i zrobi totalnie wszystko aby ją odzyskać oraz ukarać winnych. Brzmi znajomo? no właśnie. Wściekły Nick to praktycznie sekwencja podobnych klisz, scen i zwrotów akcji jakie już mogliśmy zobaczyć chociażby w produkcjach przeze mnie już wspomnianych. Tu również główny bohater będzie musiał się zmierzyć z przeciwnikami, którzy oczywiście będą czuć przerażenie na jego widok. Na szczęście w filmie akcja ma dość szybkie tempo i jako kino sensacyjne dobrze sobie radzi. Nie ma tu za wiele melodramatu, ale i tak scenariusz ma wiele luk i nielogiczności. Til w filmie gra pierwsze skrzypce, kreuje postać charyzmatycznego, zdeterminowanego ojca, który bardzo kocha swoją córkę. Wiele mu jednak brakuje do bohaterów sportretowanych przez Jason Statham, Sylvester Stallone czy Arnold Schwarzenegger. Reszta postaci to tylko bezbarwne, mało wyraziste, schematyczne tło. Filmowy montaż i zdjęcia są przedstawione zbyt sztampowo i czasem tandetnie. Mamy tu owszem sceny walk, pościgów - ale to już wszystko było pokazywane zresztą niejednokrotnie w o wiele lepszej formie.

Wściekły Nick to typowy sensacyjniak, bez polotu i ikry. Sztuczne dialogi, fabuła i historia, którą w kinie znamy już prawie na pamięć, kiepski montaż i nie porywający scenariusz - to wszystko pokazuje jak nie kręcić tego typu filmów. Ten film nie porywa, ale też i mocno nie nuży, to kolejny seans do obejrzenia na raz i zapomnienia.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Dialogi, obraz, fabuła, aktorstwo... Wymieniać można długo, poszukując w oceanie niedorzeczności choć jednego pozytywnego aspektu filmu. 2
  • 2017-02-24
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Jeśli ktokolwiek sądzi, że fakt seansów Wściekłego Nicka jedynie w wybranych kinach studyjnych zwiastuje jego wysoki poziom warsztatu i historii oraz twórczą esencję produkcji niezależnych, to nic bardziej mylnego. Film Christiana Alvarta to do bólu schematyczna pozycja spod znaku akcji, karkołomnie operująca oklepanymi motywami tegoż gatunku. Przeciągnięty do prawie dwóch i pół godziny Wściekły Nick zawodzi na każdym polu – brak rozrywki i interesujących postaci to tylko jedne z licznych wad, o fatalnym zapleczu montażowy i operatorskim nie wspominając. Z drugiej strony tytułowy Nick to najbardziej nieudaczny bohater kina akcji od bardzo długiego czasu, a i samTil Schweiger wypada blado na tle Stathama, Stallone'a czy Schwarzeneggera.

Wściekły Nick (Tschiller: Off Duty) to marny produkt dystrybucji, która stara się przyciągnąć niedzielnych widzów do kin, serwując im film akcji o podobny tytule, co głośny blockbuster podbijający obecnie serca publiczności na całym świecie, John Wick 2. Chwyt stosowany najczęściej przez studio Sy-Fy, produkujące niesławne filmy o nazwach brzmiących bliźniaczo podobnie jak hollywoodzkie hity (np. na fali popularności Pacific Rim powstał jego nieudolny naśladowca, Atlantic Rim), w polskich realiach wodzi widzów za nos i doprowadza do furii powiązanej z nudą. Dodatkowo dystrybucja oferuje niemiecką produkcję akcyjnopodobną wyłącznie z angielskim dubbingiem, który nijak nie pasuje do zaprezentowanych postaci i ani w drobnym calu nie współgra z ich ruchem ust.

Każdy gatunek rządzi się swoimi prawami i strukturami – to zadaniem twórcy jest ich sprytna eksploatacja i dostosowanie do potrzeb fabuły. Scenarzysta Wściekłego Nicka, Christoph Darnstädt, sięga po klisze i garściami wrzuca je w historię podobną do słynnej Uprowadzonej z Liamem Neesonem. Dwuipółgodzinny seans zamienia się w paradę oklepanych motywów, od głupkowatego pomocnika głównego bohatera począwszy, na klinice zajmującej się wycinaniem nerek młodym dziewczynom, ulokowanej na obrzeżach Moskwy skończywszy. Brak finezji skutkuje daniem niestrawnym w zasadzie od pierwszego kęsa – w miarę jedzenie jest jednak coraz gorzej. Fabuła zapętla się dwukrotnie odtwarzając identyczny schemat, a śladowe ilości akcji tylko duszą potrawę w rozwodnionym sosie nudy. We Wściekłym Nicku zawodzi wszystko – od detalu, po ogół, od niecelnych pistoletów (i żadne usprawiedliwianie się realizmem tu nie pomoże), po irracjonalną fabułę.

W oczy kole strona wizualna. Żyjemy w czasach ogólnodostępnych kursów i podręczników dla początkujących twórców – wydaje się, że operator i montażysta filmu nie przeczytali w nich nawet wstępu, o ukończeniu jakiejkolwiek szkoły filmowej nie wspominając. Nagłe urwania scen nie pozwalają im wybrzmieć, a fatalna kompozycja tworzy obraz beznadziejny. Bez wyolbrzymiania – niejeden filmik z YouTuba posiada lepsze zaplecze techniczne niż produkcja Christiana Alvarta.

Wściekły Nick to najgorsza z możliwych odsłona kina klasy B, której seans nie pozwala nawet rozkoszować się nieudolnością twórców. To nie "guilty pleasure". Dialogi, obraz, fabuła, aktorstwo... Wymieniać można długo, poszukując w oceanie niedorzeczności choć jednego pozytywnego aspektu filmu. Nie pomylcie się w kinowej kasie – chcecie bilet na Johna Wicka, a nie na Wściekłego Nicka!

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie