Człowiek z magicznym pudełkiem 5.8

Warszawa, rok 2030. Wydawać by się mogło, że dla Adama (Piotr Polak) lepsze jutro było wczoraj. Dotknięty amnezją niewiadomego pochodzenia bohater musi zacząć wszystko od nowa. Przeprowadza się i rozpoczyna pracę w korporacji. W firmie Adam poznaje atrakcyjną Gorię (Olga Bołądź), którą jest totalnie oczarowany. Początkowo dziewczyna opiera się jego zalotom, uparcie twierdząc, że nie jest w jej typie. Gdy jednak romans nabiera rumieńców, chłopak dokonuje niebywałego odkrycia. W swoim nowym mieszkaniu znajduje stare radio, które nadaje audycje z lat 50. Okazuje się, że odbiornik emituje również fale umożliwiające teleportację. Podczas jednej z podróży Adam "utyka" w 1952 roku. Zaniepokojona nieobecnością ukochanego Goria podejmuje się fascynującej, ale i niebezpiecznej misji sprowadzenia go z powrotem.

Recenzje

Pośród postmodernistycznej zabawy w filmowe cytaty, Bodo Kox opracowuje własną wizję cyberpunku – nieco napuszoną, momentami pretensjonalną, ponad wszystko szczerą i wrażliwą. 7
  • 2018-07-23
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Bodo Kox podjął się niełatwego zadania, rzadko spotykanego na rodzimym poletku kinematograficznym – zrealizował film skrupulatnie osadzony w cyberpunkowej rzeczywistości. Przy tym rozbił historię na dwie płaszczyzny czasowe, na pierwszy plan wysuwając romantyczną miłość prostego "everymana" i zimnej "korpo-suki". Fantastyczno-naukowe ramy oddają w istocie nostalgię za czasem minionym – ta wyznacza największy ciężar emocjonalny Człowieka z magicznym pudełkiem.

Odbyłem dwa seanse Człowieka z magicznym pudełkiem – pierwszy przy okazji kinowej premiery filmu, drugi wraz z otrzymaniem egzemplarza DVD od dystrybutora (Kino Świat). Przyznam, że o ile pierwsze zapoznanie się z widowiskiem pozostawiło we mnie pozytywne wspomnienia (wyznaczone zwłaszcza przez wrażliwość, z jaką reżyser i scenarzysta podchodzi do świata przedstawionego), tak powrót do cyberpunkowej Warszawy wyeksponował kilka wad produkcji. Do tego wątku przejdę jednak w późniejszej części recenzji. Przede wszystkim bowiem warto pogratulować Bodo Koxowi umiejętności zespolenia ze sobą różnych motywów i konwencji kina SF, tak rzadko spotykanego w rodzimej sztuce filmowej. Udane produkcje spod znaku dystopii kończą się na kilku tytułach z dorobku Piotra Szulkina (chociaż sam twórca krzywi się, gdy jego filmy jednoznacznie zaszufladkowane zostają do gatunku SF). Późniejsze próby Polaków na stworzenie fikcji o podróżach międzywymiarowych czy równie wyimaginowanych ekspedycjach w przyszłość najczęściej kończyły się na _filmidłach_ w stylu Arche. Czyste zło czy Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa. Na szczęście z odsieczą przybywa Bodo Kox.

W Człowieku z magicznym pudełkiem fantastyczno-naukowe ramy tyleż hiperbolizują kondycję ludzkości zamieszkałej w futurystycznej Polsce, co z nostalgią odnoszą się do wydarzeń minionych. Akcja filmu rozbita zostaje na dwa plany czasowe – pierwszy rozgrywa się w 1952 roku, drugi szybuje w przyszłość, do Warszawy roku 2030. Co ciekawe, przedstawiony „świat jutra” wydaje się bliższy współczesnemu człowiekowi niż – niewyzbyta z trosk – powojenna przeszłość. Jak w każdym szanującym się cyberpunkowym tytule, przyszłość przedstawia negatywną prognozę kondycji współczesnego człowieka, równocześnie hiperbolizując motywy znane z teraźniejszości. „Dziś” rozbite zostaje na staromodne „wczoraj” i futurystyczne ”jutro”. Tym samym Kox zauważa dualistyczną naturę Polaków, ich kompleksy narodowe związane z wojną oraz powojennymi realiami, traumami. Próba pozbycia się kompleksów prowadzi do drugiej skrajności: pogoni za Zachodem. Rozbicie tożsamościowe mieszkańców Polski sprawia, że relacje interpersonalne stają się coraz trudniejsze do zawarcia – oni sami popadają w schizofreniczne rozdarcie. Szkoda, że oglądając film, widz jednoznacznie musi utożsamić się z Adamem (przeszłość). Tym samym narzucony zostaje subiektywny klucz, za pomocą którego należy odczytywać Człowieka z magicznym pudełkiem.

Niestety, w swojej postmodernistycznej układance wad i przywar Polaków, Bodo Kox staje się nad wyraz czytelny i prosty (szczególnie przy wtórym seansie filmu). Opowiadaną historię obarcza układanką motywów znanych z klasyki cyberpunku, jak Łowca androidów czy Ghost in the Shell. Inne fantastyczno-naukowe tropy prowadzą do banalnych puent, jak motyw Bernarda (Sebastian Stankiewicz), który jako jedyny w pełni zaaklimatyzował się do korporacyjnych struktur. System korporacji – czy w ogóle: kapitalizm – utożsamiany jest przez Bodo Koxa ze „światem jutra”. Człowiek z magicznym pudełkiem posiada zatem antykapitalistyczną wymowę, której teza oddana zostaje za pomocą cytatu z Fight Clubu (scena złączenia się rąk dwojga zakochanych na tle eksplodujących wieżowców).

Warszawa A.D. 2030 to świat korporacji, pełen apatycznych ludzi-robotów (dosłownie i w przenośni). Do takiej rzeczywistości przeniesiony zostaje Adam (Piotr Polak). Mężczyzna musi szybko odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Miejsce pracy znajduje w jednej z warszawski korporacji. Tam poznaje piękną Gorię (Olga Bołądź) - zimną _korpo-sukę_, napisaną przez twórcę z groteskowym pazurem feministycznych tendencji. Między nimi szybko rodzi się romans, niestety tutaj Kox zalicza pierwszą poważną artystyczną wpadkę. Choć dystopijne love story ma stać się zdaniem twórcy główną osią nakręcającą fabułę filmu, w relacji kochanków brakuje dialogów, rdzeni uwiarygadniających ich uczucie. Kolejne sceny informują o rozwijającej się miłości Gorii i Adama, ta budowana jest po łebkach i dopiero ostatnie fragmenty filmu odkrywają przed widzem strukturę przepięknej bajki z romantycznymi wątkami w tle.

Właściwie cały miłosny wątek produkcji wydaje się sztucznie rozbuchany przez kampanię marketingową. W istocie bowiem Człowiek z magicznym pudełkiem opowiada o nostalgicznej tęsknocie za czasem minionym – reliktem przeszłości staje się nośnik fal radiowych. Za jego pomocą, przy wtórze „Krakowskiego spleenu” zespołu Maanam, głównemu bohaterowi udaje się odnaleźć własną tożsamość i miejsce w międzyczasowym labiryncie.

Bodo Kox bywa toporny w stawianych przez siebie tezach. Jednocześnie nie boi się sięgnąć po kino gatunkowe, szczególnie utożsamione z wysokobudżetowymi produkcjami Hollywoodu. Jakby tego było mało, dostosowuje je do polskich realiów, wpisując odpowiednie – niejednokrotnie jadowite – konteksty zwłaszcza w stronę prawicowych środowisk. Pośród postmodernistycznej zabawy w filmowe cytaty, opracowuje własną wizję cyberpunku – nieco napuszoną, momentami pretensjonalną, ponad wszystko szczerą i wrażliwą.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Film z wielką wyobraźnią, ale również wielką niechlujnością i brakiem podstawowego składnika - zbudowania wiarygodnej miłości i zaangażowanie w relacje bohaterów. 4

Bodo Kox długo kazał nam czekać na swoją kolejną produkcję, a właściwie szansę zanurzenia się w jego nieskrępowanej żadnymi regulaminami wyobraźni. Dokładnie 5 lat minęło od tego czasu i Człowiek z magicznym pudełkiem potwierdza, że twórca ma pudełko pełne pomysłów, ale wyciąga je zdekoncentrowany, biorąc po kolei na co w nim trafi. Widać też niestety niechlujstwo w jego kolejnym dziele. Pudełko z tytułu odniosłabym do emocji – mamy ich tyle co karton, magiczne jest nadużyciem, a zainteresowanie człowiekiem, relacjami, niespecjalnie wyszło reżyserowi.

Mamy rok 2030, czyli sci-fi w formie – powrót do tego gatunku w Polsce, brawurowo. Sterylna, elektroniczna korporacja, gdzie pojawia się dużo zabawek, tworzone są androidy, ale nie jest to daleko posuwające się w kreatywności, niż Seksmisja z 1983 roku. To bardziej budowanie świata w stylu retro sci-fi może. Ludzie są wobec siebie interesowni i wszystkie rozmowy wyglądają jak załatwianie interesów, elektronika oczywiście jest na każdym kroku, ludzie mają kody kreskowe, są całkowicie kontrolowani. Świat się z jednej strony wali, bo widzimy gruzy budynków, a z drugiej rozwija – bo widzimy postęp technologiczny. Niestety w tle, chociaż jak na plakacie, tak jak i w filmie być powinno, rodzi się uczucie pomiędzy ludźmi z „innych światów” w różnych znaczeniach tego słowa.

Próba opowiedzenia niebanalnie historii miłosnej w czasach „zarazy” (niekorzystnych dla uczuć) kompletnie się nie udaje i nie splatamy się z nią, w ogóle nas nie interesuje. Wszystko się dzieje tak błyskawicznie, na skróty, widać brak cierpliwości do dialogu. Pod wpływem różnych innych wtrąceń, zabaw formą oraz trochę uczucia, jakby reżyser zachłysnął się ilością gadżetów, zapomina o niestety nie szczególe, a kośćcu historii – zbudowaniu relacji pomiędzy bohaterami. Dlatego właśnie nie wierzymy w tą wielką miłość, przed którą staje wyzwanie. Ich pierwsze spotkanie, drugie, nie ma wcale chemii – znaczy jest – ale to sztuczne substancje. A na tym opiera się historia. Jednak nie jest w ogóle przygotowana, nie ma tego drapania w serce, jak chociażby w Eternal Sunshine, którym autor ewidentnie się inspiruje. Przenikanie się światów ma tutaj miejsce, ale dla naszych „zakochanych” to bardziej mijanie się. Bo nie stworzyli swojego zamkniętego świata emocji, które przenosiłyby się na widza. Nie kibicuje się im, ogląda bez temperatury, czuje bylejakość.

Człowiek z magicznym pudełkiem nie ma w sobie żadnej głębi psychologicznej, chociaż zachowuje sygnaturę Bodo Koxa ewidentnie. Film bez magicznego uczucia, mimo wielu pomysłów. Jest zachowawczo i chłodno jak w tej filmowej korporacji z przyszłości. Jest miłość do kombinowania, przecinania taśmy oddzielającej gatunki i sposoby prowadzenia narracji… ale w tym filmie nie ma miłości. A o miłości miał być.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie