To właśnie życie 5.0

Złożona z kilku nowel historia rodziny z Nowego Jorku, której losy znaczone są licznymi tragediami. Punktem wyjścia tej opowieści jest pytanie co by było gdyby: gdyby rodzice nigdy się nie spotkali, gdyby nie doszło do wypadku, gdyby ktoś w porę zauważył pędzący autobus. Reżyser Dan Fogelman zwraca uwagę na kruchość ludzkiego życia i na to, że z kluczowymi decyzjami nie warto zwlekać, bo w końcu może być za późno.

Recenzje

„To właśnie życie” zaczyna się intrygująco i z ogromną fantazją, jednak ostatecznie jest to kolejna, zbyt ogólnikowa, przepełniona aforyzmami opowieść o sensie życia. 5

Film, który nienachalnie, ale finalnie niezbyt zgrabnie, a już na pewno bez wrodzonej odkrywczości (raczej z odtwórczością) próbuje stworzyć streszczenie sensu życia, jego cykliczności i opowiedzieć o naczyniach połączonych między ludźmi. To właśnie życie robi to metodą już oswojoną w kinie, tzw. szkatułkową. Z jednej historii wynikają kolejne lub w charakterze domina, kiedy jedna dotyka drugiej, i tak powstaje pewien ciąg. Same nowele może wchodzą w intrygującą grę z percepcją widza, jednak paczka emocji przez nie niesiona jest naprawdę wtórna. Jest tutaj pomysł, ale nie wytrzymuje on pełnego metrażu, tworząc balladę również o narracji jako narzędziu skrajnie indywidualnym, co naprawdę fragmentarycznie jest poprowadzone fantazyjnie.

Wszystko zaczyna się od spotkania Willa i Abby. Właściwie naszego z Willem, a najdokładniej z tym, co z niego zostało. Mężczyzna przesiaduje w kawiarni, w biały dzień dodaje „smaku” alkoholem do swojej kawy. W takiej kondycji, w połączeniu z różnymi lekami regularnie chodzi na terapię. Od początku stosowana jest wobec nas zmienna perspektywa wydarzeń. Taki ping-pong z tym, co wyobrażone a rzeczywiste. Z tym, co rozgrywa się w głowie bohatera z traumą a co miało miejsce naprawdę. To naprawdę nieckliwy, a ciekawy wstęp lekko nasączony filozofią o subiektywizacji doświadczenia. Potem przebędziemy dynamiczną, wielopokoleniową podróż po różnych momentach w życiu człowieka, jednak w zależności od miejsca na świecie i postaci wyglądających inaczej. Będziemy przyglądać się zróżnicowanemu pojęciu rodziny, po prostu relacjom międzyludzkim w sposób alinearny. Spotkamy kilka postaci na swojej drodze, kilka barwnych życiorysów, które będą dążyły również do lekkiej interpretacji zjawiska efektu motyla.

Im dłużej jednak doświadczamy To właśnie życie, tym bardziej utwór traci moc rażenia, a nitki łączące bohaterów są mało wiarygodne i nie opierają się na jakimś wspólnym tropie i tezach. Film na początku dobrze kombinuje, jednak z czasem zaczyna tracić oddech w swojej refleksji o stracie jako rzeczy niewątpliwie determinującej umysł niezależnie od wieku. Potem nasi bohaterowie stoczą wiele bitew, które nie będą się ze sobą za specjalnie komunikowały, a jedynie staną się epizodami o szeroko rozumianej nieprzewidywalności życia. Ta teza wybrzmiewa w sposób infantylny i nic nie wnosi w wiedzę widza o świecie. A nawet kiedy opowiada rzeczy, które wiemy i znamy, to ze swoją subtelnością, ale i charakterkiem oraz nerwem z początku, później staje się to graniem na czas. Odczuwamy, jak gdyby Dan Fogelman tak zmieniał często zasady gry na swojej planszy pełnej hipnotyzujących i niejednoznacznych pionków, że już w pewnym momencie jest w potrzasku ze swoimi ruchami, roszadami i doprowadza do bardzo przeciętnej historii o ludzkich losach i wyjętej z jakiejś kieszonkowej księgi aforyzmów mądrości.

Zagrywka mind-game i analiza konsekwencji doświadczeń ekstremalnych w człowieku, podanych w krzepkiej inteligentnie formie, w pewnym momencie ustępuje miejsca jakiejś ckliwej i banalnej przypowieści o wartościach. Wszystko oczywiście dąży do klamry, jednak po drodze zaczyna się rozrzedzać, być chaotyczne i ta wspólna sprawa, o którą na początku chodzi, potem gdzieś się ulatnia. Produkcja im jest dalej, tym bardziej się oddala od sprytnego i zaangażowanego, pięknego i niespektakularnie uczuciowego dramatu. Zamiast tego zaczyna wczuwać się w kolejny, prosty melodramat, bez złożoności. Szkoda, gdyż film naprawdę zaczyna się jak dziarska, złożona historia o posmaku amerykańskiego kina niezależnego.

To właśnie życie kipi uczuciami i myślami, ale to drugie później wytrąca, a pierwsze staje się takie bezradne i same nie dają rady kontynuować złożonej narracji. To właśnie przykład projektu straconej szansy, który albo dobrze się początkowo stylizował na wyjątkowy, albo po prostu szczerze miał za mało sił i energii na cały dystans.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie