One More Time with Feeling

Hipnotyzującą opowieść o tym, jak Nick Cave i zespół The Bad Seeds zostają pochłonięci przez stworzony przez siebie świat piosenek do ich najnowszego albumu – Skeleton Tree. Film został nakręcony pół roku po śmierci nastoletniego syna Nicka Cave’a, przez co One More Time With Feeling staje się opowieścią o próbie radzenia sobie z żałobą i powrotem do muzyki.

Recenzje

Bezpośrednia, poetycka historia o próbie znalezienia wyjaśnienia na niewyjaśnialne. Już bliżej nie da się podejść z kamerą i dostajemy wielkie dzieło. 10

Przekraczanie granicy w dokumencie jest niebezpieczne. Może być odnalezieniem nowego lądu albo pasożytniczą czynnością dokonywaną na bohaterze produkcji. Kiedy się ogląda wiele filmów tygodniowo (tyle co tydzień ma dni) często trzeba na nowo układać zdanie o intymności w kinie. Szczerszą szczerość, niż w filmie Andrewa Dominika One More Time the Feeling ciężko znaleźć, bo nie jest wyciągana, nie ma użytej żadnej siły, czy szantażu emocjonalnego faktem opowiadania o tragedii jaka dotknęła Nicka Cave'a. Ona go nie dotknęła, tylko go popchnęła z całą siłą na dno oceanu, a on zapomniał jak się pływa. To wielka, wypadkowo, poetycka historia o bezradności z na żywo nieudaną próbą wyjaśnienia sobie pojęcia traumy i metody na życie z nią.

Kamera się trzęsie i kręci bez kolorów. Kłamstwem byłoby pokazywać rzeczywistość Nicka inaczej. Myślę, że dłonie samego reżysera i operatora również drżą. Nick Cave od początku do końca tej dziwnej, spontanicznie nakręconej podróży ze studio do domu i z domu do studio, wygląda jakby miał się rozpłakać – pół roku po śmierci syna – o którym będzie cały czas mowa, ale niedużo w słowach. Dominik nie naciera oczu. Widzimy dalej muzyka, ale który jak gdyby został zrestartowany, ale na starcie swojej ścieżki dostał ciężki plecak wyrzutów sumienia i poczucia winy. Wydaje się długo, że używanie słów po tej projekcji to bluźnierstwo i profanacja. Brak scenariusza w tym dokumencie sprawia, że wszyscy są tutaj poobierani ze skóry i co dalej… a po co coś planować, skoro życie potrafi nam założyć dźwignię i nie potrzebuje do tego mrocznej alejki.

Jest to doskonale spontaniczne studium próby życia po życiu. Odczuwamy wręcz fizycznie ból bohatera, który wypowiadając się do kamery, próbuje skleić zdania, nazwać stany świadomości, dopasować literki do uczuć. Nick Cave próbuje?! Chwilę wcześniej może przepracowuje, może ucieka, na pewno w swoich utworach jest panem świata, sceny, słowa, poezji, księciem alfabetu i rentgenem dusz. Człowiek, który potrafi nazwać moje, twoje, swoje uczucia muzyką, nagle poza studio ze skrawków słów próbuje ułożyć filozofię, ale poczucie nicości i bezradności (obu stron) każe mu za chwilę podważać je. Czuje, że bredzi, mówi, że bełkocze, czuje się obrabowany w biały dzień, nie pilnuje swojego wizerunku. Tym dokument wygrywa. Muzycznie dalej jest w dostępnej dla wybrańców artystycznej kondycji, życiowo leży. Tutaj też pojawia się pytanie o terapeutyczne działanie sztuki i czy trzeba coś takiego przeżyć, żeby tak muzycznie słuchacza przeszyć, doświadczyć coś okropnego, żeby stworzyć tak pięknego? Czy na tym polega równowaga?

Nick Cave jest tutaj niepewny siebie, bo nie potrafi nic przewidzieć i życie mu to w dosadny, okrutny sposób udowodniło. I jeszcze ta litość w spojrzeniu innych… jest smutny i wściekły. Jawi nam się zupełnie inny portret artysty, niż w 20 000 dni na Ziemi. Tutaj jeden dzień dłuży się i trwa dla artysty, jak te 20 000. Nie ma w tym dokumencie żadnej koncepcji, strategii, wykoncypowania, prymitywnego grania na emocjach -jest tutaj granie muzyki – która też jest narracją. Nie czujemy, że ktoś tutaj śledzi Nicka, jest interesowny w opowiadaniu – jest w tym dużo obustronnej czułości i bezpośredniości. Bliżej się już stanąć bohatera nie da. Tutaj król, przekazywanych doskonałą muzyką emocji, jest nagi. Na dodatek się tego wstydzi.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie