Wszyscy moi mężczyźni 5.6

Po rozstaniu z mężem, Alice (Witherspoon) wraz z córkami opuszcza Nowy Jork. W Los Angeles wraca do rodzinnego domu, znajduje pracę oraz szkołę dla dzieci. I tylko sprawy sercowe odkłada gdzieś na bok. Wszystko zmienia się, gdy w dniu urodzin poznaje trzech uroczych facetów, którzy - podobnie jako ona - przybyli do LA w pogoni za marzeniami. Cała trójka pozostaje bez dachu nad głową i Alice, wbrew rozsądkowi, pozwala im zamieszkać u siebie. Tak rozpoczyna się pasmo damsko-męskich komplikacji, które z czasem przekształcają się w coś o wiele więcej. To jednak nie koniec wrażeń. Prawdziwe emocje zaczną się, gdy do drzwi Alice zapuka jej dawny mąż... Czy dla miłości warto rozpoczynać wszystko od nowa?

Recenzje

Produkcja ku pokrzepieniu serc. Inspiracją warsztat mistrza. Jest miło i przyjemnie, bez sensacji. 4
  • 2017-11-24
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Tytuł filmu Wszyscy moi mężczyźni jest błędny. Upycha (już na starcie) produkcję studia Black Bicycle Entertainment, w reżyserii Hallie Meyers-Shyer do worka z napisem „dla kobiet", „kino kobiece", „romansidło". Oryginalny (Home again) jest poziom wyżej i nie ogranicza widzów do szufladkowania. Ekranem zawładnie Reese Witherspoon, a mężczyźni będą stanowić tło do rozważań o życiu, po życiu w burzliwym i wypalonym związku.

Alice opuszcza Nowy Jork. Separacja z mężem prowadzi ją do Los Angeles. Razem z dwiema córeczkami wprowadza się do rodzinnego domu. W dniu urodzin poznaje trzech uzdolnionych, szarmanckich mężczyzn. Impreza przenosi się do domu bohaterki, a chłopcy za namową matki Alice zostają u niej na dłużej. Damsko-męskie relacje przyniosą sporo niespodzianek, kiedy do drzwi zapuka mąż.

Próba odnalezienia jakiejś głębi kończy się fiaskiem. Obraz jako symbol analizy dostarcza nam tych samych bodźców przez cały seans. Zatrzymując go i wpatrując się w poszczególne kadry, widzimy bogatą paletę barw i połączeń. Każde zdjęcie jest tak pomyślane, aby wypełnić pokazywaną przestrzeń. Uciekamy od ponurego i ryzykownego oświetlenia, na rzecz ciepełka. Mimo goryczy bohaterki i ciężaru gatunkowego kilku scen, na sercu jest nam dobrze. Kibicujemy Alice. O jej dobro nie musimy się martwić, bo postacie występujące w filmie, i ogólnie cały świat sprzyja. Produkcja ma trochę wspólnego z Woodym Allenem. Tym z ostatnich lat i tylko w kilku aspektach. Reżyseria jest absolutnie różna. Sposób współpracy i kierowania aktorem jest po stronie Allena, bez dwóch zdań. Tutaj myślę raczej o nawiązaniu do tekstów mistrza. Pan Woody zwykł chować na kartkach papieru ukryte przesłanie i w rytmie swojego poczucia humoru dość nostalgicznie kończyć opowieść, nawet wahadłowym Hitchcockiem. Zmieniony rytm i scenariusz naprowadzają nas na wizję autora. Mnie praca Hallie Meyers-Shyer nad dobrem scenariusza przypomina wspomniany warsztat legendy. Ten film, w gruncie rzeczy broni się właśnie pomysłem na dialog i ożywieniem dość nijakich, w zamyśle postaci. Na dodatek zebrała się dobra grupa, docenionych i wschodzących gwiazd Hollywood. Reese uroczo płynie w konwencji ciepłej produkcji, a towarzysze służą jako ożywione i uczłowieczone znaki. Błyszczą chłopcy (aktorzy: Michael Sheen, Pico Alexander, Nat Wolff), których przygarnęła matka Alice. Każdy z nich wykorzystał swoje pięć minut. Jest zabawnie, lekko i radośnie. Taka formuła niestety nie pozwala na głębsze przemyślenia, bo każdy poważniejszy wątek jest delikatnie osadzony, łagodzony zawczasu i gdzieś tam upychany w kontrze scenariusza. Czym się kierować w życiu? Bohaterka zdaje się pytać, co dwie sceny o to samo. Przy pomocy płytkich, typowo amerykańskich zagrywek dochodzi do konfrontacji ze swoją naturą. Końcowe sceny i dynamiczny montaż, wprowadzają nas w klimat, rodem z filmu „60 sekund", aby na finał wrócić do Allena i zostawić nas w amerykańskim śnie.

Poruszanie wymowy politycznej w tym filmie może okazać się nadinterpretacją, tym bardziej że mowa zaledwie o przesłankach. Rola mężczyzn w życiu bohaterki jest bardzo istotna, ale mam wrażenie, że morał jest dość jednoznaczny. Kobieta musi być silna i stąpać twardo po ziemi mimo licznych miłostek i uniesień faceci to problem i na dłuższą metę nie można liczyć na stabilną, dojrzałą relację. Ten jest taki, tamten siaki, a kobiecy dom (w tym przypadku mama i dwie córki) może spokojnie istnieć i jak to podsumowała mała pociecha „nawet jest spokojniej". Do pierwotnego feminizmu daleko.

Historia utrzymana w lekkim nurcie przyprawiła mnie o szybsze bicie serca dokładnie raz. Świat idealnie poskładany, a wielkie przeszkody zamieniają się w kałuże obok nas, które swobodnie ominiesz, a uzbrojona/y w gumiaki (silna wola i niezależność) wdepniesz i absolutnie nic się nie stanie. Produkcja ku pokrzepieniu serc. Inspiracją warsztat mistrza. Jest miło i przyjemnie, bez sensacji.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Przyjemne, urocze, niezobowiązuje kino, potykające się chwilami o stereotypy, ale wygrywające szczerością i krzepiącą siłą. 5

Jest coś takiego, jak kino lekkie, niezobowiązujące, które nie jest od razu synonimem kina, od którego trzeba trzymać mózg z daleka. Po prostu nie trzeba go tak często używać, a film może sprawić przyjemność. Tak jest w przypadku Wszyscy moi mężczyźni, gdzie gatunkowo Nancy Meyers zawsze się stara nie robić kolejnej komedii z taśmy produkcyjnej, niczym nieróżniącej się od dziesięciu wcześniej i później pojawiających się na rynku. Znowu jej się udaje. Tak jak film nie ma żadnych walorów artystycznych i znamion sięgania gdzieś dalej, tak jest krzepiącą i niegłupią historią o konsekwencjach popadania w stereotypizacje płci oraz przypomnieniem, że we dwójkę jednak zawsze raźniej… a czemu by nie we trójkę!

Naszą bohaterką jest Alice. Jest z mężem w separacji, więc wyjeżdża do rodzinnego Los Angeles z córkami. Obecnie ma etap poszukiwania pracy, „teoretycznej” rozsypki, jednak jest w niej wiele twardo stąpającej po ziemi kobiety, entuzjazmu wobec przyszłości i dla widza wręcz kwitnie w tej kryzysowej sytuacji, bo idzie jej doskonale! Nadchodzą jej urodziny, które ma zamiar świętować, odstawiając wszystkie swoje codzienne zachowania i zrobić sobie „powrót do przeszłości”. Oczywiście koleżanki chcą jej wcisnąć jakiegoś chłopaka podczas celebracji, jednak Alice nie uważa, że jej szczęście jest od tego zależne. Jednak impreza doprowadza do sytuacji, w której w jej mieszkaniu nagle na dłuższą chwilę znajdzie się trzech młodych mężczyzn. Teddy, George oraz Harry, to trójka chłopaków, którzy raczkują w przemyśle filmowym, ale są dosyć nieugięci w swojej wizji i szukają producenta filmu. Okazuje się, że nocują u córki znanego reżysera, a ona (a właściwie jej mama) pozwala im na czas, kiedy są biedni, ale zdolni, zamieszkać w domku na ich podwórku. Alice próbuje zachować zdrowy rozsądek, jednak wydaje się, że ta decyzja nie ma z tym nic wspólnego…

I nagle nie następują hiper przewidywalny ciąg historyjek, gdzie Alice sobie nie radzi z życiem, a chłopcy jej pomagają, a jej świat zostaje wywrócony do góry nogami. Raczej z dziwnej sytuacji i przypadku przechodzą wszyscy do przyjaźni, a film nie jest płciowo stronniczy. Jednak reżyserka też nie robi trudnych plecionek filmowych. Wiadomo, że pojawi się były mąż i wątek miłosny, które zakłócą urocze sceny, kiedy Teddy bawi się z dziewczynkami, a George pomaga jednej z nich napisać sztukę i pokonać strach przed wystąpieniem publicznym.

Nie udaje się twórczyni uniknąć schematów, jednak nie spowoduje w nas ten film zażenowania, a raczej trochę śmiechu, a już na pewno sporo uśmiechu – bo pokazuje jakie korzyści płyną ze stadnego życia i jak człowiek tego naprawdę potrzebuje. Proponuje też bardzo wyluzowane podejście do pojęcia rodzina w podstawowym rozumieniu i jego przestarzałego, często niedziałającego, kształtu. Jest ładnie, trochę pudru i „nieważnych” problemików, ale to kino nie planuje być ostrym działem socjologicznym czy zaangażowanym społecznie.

Dlatego Wszyscy Moi Mężczyźni celuje w serducho, nie do końca w głowę, jest krzepiące, a nie filozofujące. A wiemy, że kobieta od Holiday i To Skomplikowane wie, jak robić feel good movie, gdzie mniej jest dla filmofila, więcej dla stęsknionego przyjemności, nawet nie do końca mającej szansę na zajście w świecie realnym, widza. Prosto, ale nie prostacko. Słodko, ale nie do zachorowania na cukrzycę.

0 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie