120 uderzeń serca 6.1

W filmie Robina Campillo euforia spotyka rozpacz, a przyspieszone bicie serca przypomina tykanie odliczającego czas zegara. Bo o wyścig z czasem tu chodzi. Są wczesne lata 90-te, epidemia AIDS we Francji zbiera żniwo przy cichej zgodzie rządu i koncernów farmaceutycznych. Zmowę milczenia wokół choroby akcjami, marszami, happeningami starają się przerwać aktywiści z paryskiego ACT UP. "120 uderzeń serca" to pełen pasji i furii portret młodości, spotykającej śmierć, rasowe rozdyskutowane kino polityczne i poruszająca love story. To także zbiorowy portret pokolenia - chyba ostatniego - które tak namiętnie wierzyło w możliwość zmiany i w to, że politykę trzeba uprawiać na ulicach.

Recenzje

To wielka feta i pean na cześć społecznego zaangażowania, nieposłuszeństwa obywatelskiego. Mimo filmu przepełnionego śmiercią, jest w nim tak wiele życia i entuzjazmu. DO UTRATY TCHU! 9

Vive la liberté! Tak chce się krzyknąć po obejrzeniu, a raczej po wchłonięciu każdym centymetrem ciała i nerwem filmu 120 uderzeń serca. Bo właśnie w zaangażowanej społecznie, ale nie tylko z bohaterem zbiorowym, ale również jednostką, historii jest o dążeniu do rozbicia skorupy kłamstw na skalę światową, opresji, nieświadomości ludzkiej i wyciągnięciu ze środka lepszego jutra, gdzie chodzi o sprawy fundamentalne – jak śmierć i życie – nie o jakiekolwiek bohaterstwo. 120 uderzeń serca w pulsującym rytmie, bez nadużyć emocjonalnych, chwilami wyglądając na dokument, unika prostych, liberalnych haseł i wpisu do kartoteki „lewackie kino” – nie dać się upolitycznić. To ekspresyjna i impulsywna rozprawa o oddaniu się sprawie w formie: od wielkiego protestu po intymne rozmowy, mocno nawiązując dialog z moralnością widza.

Oglądamy spotkania i działania aktywistów z grupy ACT UP. Uderzenia serca słychać przez cały czas trwania filmu (dosłownie, ale odczuwamy też to symbolicznie) i z wraz z każdą minutą rośnie ich ilość. To oznacza, że bliżej do zaprzestania pracy serca. Ten zabieg doskonale oddaje wyścig z czasem o ludzkie życie jakie prowadzą bohaterowie filmu. Napięcie w grupie i huczne spotkania pełne pasji są spowodowane niezmiennie tragiczną sytuacją w jakiej znajdują się zarażeni wirusem HIV. AIDS w latach 90. to dalej temat tabuizowany, mimo że problem jest coraz większy i nie dotyczy jednostek. Nasi bohaterowie na każdym spotkaniu, planując kolejne happeningi, akcje, umierają, a odpowiedzialne są za to niewzruszone koncerny farmaceutyczne i rząd, który morduje w białych rękawiczkach chorujących poprzez brak jakiejkolwiek reakcji.

120 uderzeń serca to kino totalne – żarliwe i rozpalone do czerwoności, ponieważ daje nam wgląd w działalność grupy, splątuje nasze nastroje z rozpisanymi portretami wielu bohaterów. Jednocześnie skrupulatne i wnikliwe przygląda się sytuacji z perspektywy analityka, socjologa, zgłębiającego temat nieposłuszeństwa obywatelskiego w imię życia. Jest tak zbudowane, jak spotkania aktywistów – film raz prowadzi rzeczową dyskusję pełną informacji, raz opiera się wyłącznie na emocjach i zniecierpliwieniu absurdem sytuacji. Łączy drżące, naturalne reakcje cierpiących i walczących organizmów z kinem protestu, który jest wręcz przykładem edukacyjnym, na czym polega bunt i jak się rodzi zaangażowanie. Doskonale tworzy dwa poziomy, które działają wymiennie – rozdzierający krzyk walki na ulicach, ze smutkiem i bezsilnością za kulisami w mieszkaniach. Dwa wymiary jednej tragedii przepracowane znakomicie, bez obojętności.

Nie ma tutaj też żadnego świecenia po oczach grupami społecznymi i szukania akceptacji u widza jakiejkolwiek orientacji seksualnej. Nie takie intencje ma ten film – pokazuje walkę o to, by zaprzestać działań, które doprowadzą do pewnej selekcji społeczeństwa – pozbywania się jednostek chorych na AIDS. Czyli osób przez brak edukacji seksualnej odbieranych jako moralnie wyjałowionych, reprezentujących margines społeczny, który nie definiuje dla społeczeństwa wolności, a jest przestrogą czego nie wolno robić – iść w innym kierunku, niż państwo wskaże.

Ta produkcja odnosi ogromny sukces, bo mimo rozmachu jest na swój sposób delikatna. Nie bawi się w żadną propagandę – chyba, że życia, którego w filmie naznaczonym śmiercią, jest jednocześnie tak wiele! To imponujące. Nie wywiera presji na widzu do obrania konkretnego światopoglądu, nie jest intencjonalne, a pokazuje że prawo do życia nie powinno być przywilejem. I o to się wydziera, przyspieszając uderzenia naszego serca.

120 uderzeń serca pięknie też ogrywa sceny, które mogłyby łatwo stać się ckliwe. Z całkowitą normalnością, bezpruderyjnością, bez zamachu na jakąś prowokację erotyzmem i seksem, znajduje czas na pokazanie również relacji z bliska i tego, jak walka bohaterów nie odbywa się tylko podczas kolejnych akcji i manifestacji.

Film jest świetnie skonstruowany. Umie być poważny, nie opowiadając wszystkiego w wysokich tonach. Jest zbudowany ze scen ważnych, ale i codziennych, prozaicznych. Ma świadomość tematu, nie ucieka od niego, a potrafi się zaśmiać i zażartować z innych i z siebie, a to tylko potwierdza, jak jest prawdomówne.

Raz wielkie, raz małe, raz rozchełstane, raz osobiste, ale całkowicie to kontrolujące kino. To walka, która trwa do końca, ale nie chęci, a życia, do ostatniego uderzenia serca. Dzieło bez reszty skupione na człowieku, dla którego chodzi raczej już o c’est la vie – po prostu niech żyje… a nie umiera. To będzie wolnością.

0 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie