Ja, Godard 5.3

Paryż, 1967 rok. Jean-Luc Godard (Louis Garrel), najwybitniejszy twórca swojego pokolenia, robi film La Chinoise z 17-letnią Anne Wiazemsky (Stacy Martin), którą kocha. Ona jest młodsza od niego o 20 lat. Są szczęśliwi, zakochani, uwodzicielscy, poślubiają się. Jednak odbiór filmu po jego wydaniu powoduje, że Jean-Luc zmienia swoje nastawienie do filmu i odcina się na krótko od kina.

Recenzje

To bardzo zgrabne kino, które z jednej strony jest bardzo niestandardową biografią i wyznaniem miłosnym do artysty, a z drugiej satyrą na niego. To się udaje - jest kreatywnie i eksperymentalnie. 7

Stosowanie najróżniejszych akrobacji narracyjnych i wizualnych przy równoczesnym opowiadaniu o postaci, za której kinem się szaleje, to naprawdę lot na księżyc. I tak nietypowym oraz wyjątkowym doświadczeniem jest film Ja, Godard. Michel Hazanavicius udowadnia, czasami niefortunnie dla spójności nie używając miarki, jak można kochać i wielbić kino artysty, ale lepiej tego nie utożsamiać błyskawicznie z miłością do samego twórcy. To kino ogromnie figlarne, filuterne, pełne humoru oraz dystansu, umiejętnie niepodważające ani przez moment dorobku twórczego Ojca Nowej Fali francuskiej i zadające filozoficzne pytania o sztukę i artystę. Film też patrzy na Godarda, kiedy nie tworzy… o ile takie momenty istnieją.

Ciężko zaksięgować ten film gatunkowo ze względu na postulat twórczy reżysera zasygnalizowany jego decyzjami: NIECH ŻYJE AWANGARDA! Z fabułą też nie jest tak prosto. Mówimy przecież o człowieku skomplikowanym, artyście całodobowym, teoretyku i praktyku kina, który w filmie, o ironio, reżyserem będzie bardzo rzadko na żywo. Za to będzie o tym opowiadał, monologizował, planował kolejne produkcje, odcinając się od poprzednich z powodów sytuacji politycznej i zaangażowania się w nią. Jean-Luc Godard poddaje się rewolucyjnym postulatom, jest częściej na mównicy, na której go nie chcą, niż na planie filmowym. Za chwilę pojawi się jego film Chinka, którym sam Godard chce postawić wyrazistą kreskę pomiędzy kinem niezaangażowanym społecznie, jak mówi o swoich wielkich dziełach, którymi żyją pokolenia do dzisiaj. Nowy film francuza to przede wszystkim forsowanie marksistowskiej wizji świata, co wpisuje się w nastroje, które popadł.

Wielkiego wyzwania podjął się Michel Hazanavicius, a swoją optykę już doskonale sugeruje tytułem Ja Godard. Egocentryzm wylewa się z naszego bohatera wraz z lawiną nic nieznaczących słów. Tak naprawdę stoi on po stronie aktywistów, a sam swoje zaangażowanie ogranicza do sabotażu festiwalu w Cannes i zrobienia awantury o zamknięcie restauracji z powodu zamieszek. Snobizm, świadomość swojego talentu i status reżysera, sprawia że nie sympatyzujemy z nim ani trochę, ale też nie jest to złośliwa krytyka postaci. Wręcz przeciwnie, to farsa, satyra, która potrafi śmiać się z Godarda, ale też razem z nim drapie się w brodę, dumając nad wieloma kwestiami. Reżyser świetnie umyka kinu biograficznemu, pokazuje skutki uboczne życia z artystą, nieznośny brak równowagi i wyraźnej granicy między kinem, a światem poza nim. W niefrasobliwej, umyślnie nieokrzesanej formie zadaje pytanie o status quo artysty. Czy reżyser jest od czegoś więcej, niż kręcenia filmów? Czy powinien wypowiadać się w inny sposób, niż na taśmie filmowej w swoich dziełach? Kto daje mu uprawnienia stawania się myślicielem, filozofem, politycznym aktywistą i dlaczego artysta jest do tego upoważniony? To pytanie doskonale chwyta również pazurami świat współczesny, gdzie role i kompetencje zostały pomieszane i każdy ma zdanie w każdym temacie, wszyscy są od wszystkiego, czyli nikt nie jest od czegokolwiek.

Twórca forsuje zmyślnie przerysowaną drugą twarz Godarda, równie ważną, niefilmowca eksperymentalnymi i ciekawymi zabiegami. Robi to na poziomie technicznym, wizualnym. Buduje swój film kalkując sceny z kina Godarda, z Szalonego Piotrusia, Do Utraty Tchu, a przecież to właśnie w tej scenerii, w Ja Godard artysta unieważnia te działa, staje się ich największym krytykiem – doskonała satyryczna zagrywka, ale również podkreślenie nierozdzielności życia od kina w przypadku tego artysty. Niekończące się dywagacje bohatera, jego aktywizm, w którym ludzie poświęcają życie, a mu najwyżej łamią się wielokrotnie jego „wspaniałe”, charakterystyczne okulary. W słowach jest pierwszy do zrobieniu przewrotu i wprowadzenia zmian, w czynach wypada anemicznie, a jego bierność zostaje doskonale zdemaskowana (krowa, która dużo muczy… i tak dalej). Hazanavicius łamiąc czwartą ścianę, nie bawi się tylko konwencją filmu i żongluje piłeczkami dla rozruszania gawiedzi. Pokazuje tym absurd sytuacji, połączenie życia z kinem, zastanawia się nad granicą fikcji i rzeczywistości.

Reżyser naprawdę potrafi bawić się kinem, bo je ogląda i zna, a robi to opowiadając jednak quasi biografię Jeana Luca-Godarda, a przynajmniej na niej wyrastają inne sadzonki pomysłów. Nie tworzy napuszonego peanu, jak sam sobie reżyser w filmie, ale też nie przechyla się w drugą stronę – nie wykpiwa ani nie konstruuje karykatury. Reżyser wyznaje miłość tym filmem do kina Godarda, ale również nie boi się kontestować jego postaw i zdania. A przy tym całym zachwycie tworzy swoje autorskie, niewtóre, a kreatywne kino. Ja Godard, on Hazanavicius – obydwoje manifestują kino nie oglądające się na boki, tylko skupione na wierze we własną intuicję, pełne odwagi. Kinofil o kinofilu dla kinofilów.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie