Recenzje

Intertekstulność fabuły, scenografia, relacje między bohaterami – każdy aspekt "Dave w labiryncie" to rodzaj kinematograficznego majstersztyku z dolnej półki sklepu z DVD. 7
  • 2017-07-27
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy, że współczesne kino – nawet klasy B – nie ma już nic ciekawego do zaoferowania, czym prędzej sięgnijcie po "Dave'a w labiryncie". To błyskotliwy spadkobierca abstrakcyjnego poczucia humoru Monty'ego Pythona – równie inteligentny, równie umiejętnie ogrywający motywy trawestowane przez kino od niemal połowy wieku. I choć cyrkulacja niektórych dowcipów może momentami nużyć, gwarantuję - tytułowy labirynt to miejsce, którego z pewnością nie będziecie chcieli opuścić przez znaczną część seansu.

Dave chce osiągnąć coś w życiu. W wieku 35 lat męczy go systematyczne chwytanie dorywczej pracy i życie na połowicznym utrzymaniu rodziców. Buduje zatem w swoim salonie kartonowy labirynt, w którym... gubi się! Na jego poszukiwanie wyrusza grupa przyjaciół. Trudno oczekiwać po tak specyficznej i intrygującej fabule mniej udanej produkcji. Wędrówka po labiryncie to wizualnie niesamowita podróż, a każda kolejna komnata zaskakuje widza swoją niepowtarzalną charakterystyką i tkwiącą w niej pułapką. Bill Watterson umiejętnie skacze po licznych konwencjach filmowych, sięgając po chwyty utożsamiane z kinem podróżniczym, horrorem, komedią i parodystycznym mockumentem. Wszystko składa się na produkcję tyleż zabawną, co nieoczekiwaną i przewrotną.

"Dave w labiryncie" ponad wszystko zachwyca swoją warstwą wizualną. Cały labirynt zbudowany został wyłącznie z kartonu i bibuły. Każde pomieszczenie wyróżnia się swoją własną, autonomiczną specyfiką scenograficzną – od sali z gigantyczną głową wymiotującą skrawkami papieru, po pokój bawiący się złudzeniem optycznym i korytarz, w którym bohaterowie zastąpieni zostają kartonowymi odpowiednikami w postaci pacynek. W pewnym momencie dyskursywny labirynt wkracza nawet w dialog dwójki bohaterów, zapętlając ich słowa, wypowiedzi i sens przekazu – wszystko wybrzmiewa bezbłędnie dzięki znakomitemu montażowi. Cała konstrukcja naszpikowana zostaje licznymi pułapkami, a ponadto po papierowych komnatach przechadza się sam Minotaur we własnej osobie. I choć dobrze wiemy, że nie ma tu czego się bać, z zapałem kibicujemy grupce współczesnych Tezeuszów w humorystycznej walce z labiryntem.

Trudno nie oddać zaszczytnego hołdu artystom, którzy przez długie miesiące projektowali wnętrza kartonowej konstrukcji. Już przy samym origami (atakującym w pewnym momencie bohaterów filmu) pracował sztab złożony z kilkudziesięciu osób! Wszystko prezentuje się tu na bardzo wysokim poziomie, a kolejne kreatywne rozwiązania zapierają dech w piersiach. Gdyby podobna konstrukcja istniała w realnym świecie, z pewnością cieszyłaby się permanentną sławą wśród atrakcji turystycznych.

Trudno nie odmówić Billowi Wattersonowi błyskotliwego rozwiązania motywu labiryntu, trawestowanego w sztuce na setki możliwych sposobów. Twórca zbiera klisze, by następnie skonstruować z nich składną całość. Slasherowa fabuła sprytnie łączy się tu z bardziej surrealistycznymi rozwiązaniami fabularnymi, a projekty wnętrz skopiowano nawet od Odysei Kosmicznej i czwartej części Gwiezdnych Wojen. Najsłabiej wypadają tu postacie – to klasyczne, jednoepitetowe klisze rodem z co drugiej komedii hollywoodu. Przed zapomnieniem w percepcji odbiorcy ratuje je zabawny humor, inteligentnie wtłaczany w niemal każdą scenę oraz czynny udział w fabule produkcji. W gruncie rzeczy "Dave w labiryncie" to klasyczna komedia, okraszona równie sprawdzonymi gagami. Idealnie pasują one do abstrakcyjnej rzeczywistości, dalece odbiegającej od wszelkich zasad realizmu.

Film zyskuje jeszcze więcej komediowego pazura za sprawą grupki bohaterów-amatorskich filmowców, realizujących dokument/reportaż o podróży w głąb kartonowej konstrukcji. Bill Watterson w zabawny sposób naśmiewa się tutaj z „reżyserowania” kina niefikcjonalnego – narzucania własnej wizji przez dokumentalistów względem ukazywania realnego funkcjonowania przedstawionej rzeczywistości. Kinematograficzny gest Kozakiewicza wymierzony zostaje w przesadnie snobistycznych filmowców, jednak zbytnie skupienie się na tym konkretnym dowcipie i stałe powracanie do niego, to najsłabszy atut "Dave'a w labiryncie".

Kino klasy B może pochwalić się wspaniałym spadkobiercą kultury irracjonalnych komedii. Intertekstulność fabuły, scenografia, relacje między bohaterami – każdy aspekt "Dave w labiryncie" to rodzaj kinematograficznego majstersztyku z dolnej półki sklepu z DVD. Niestety, momentami śmiech grzęźnie w gardle, ze względu na jego powtarzalność, a aktorskie kreacje wołają o pomoc u bardziej umiejętnych odtwórców ról. Na każdy minus przypada jednak po dziesięć pozytywów. Kinomanie – jeśli tylko będziesz miał sposobność, wkrocz do labiryntu Dave'a i daj się porwać w szaloną przejażdżkę po najbardziej kartonowych pomieszczeniach, jakie tylko widziałeś w kinie.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie