Pewnego razu w listopadzie 6.3

Marek (Grzegorz Palkowski) właśnie rozpoczyna studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Ma piękną i odwzajemniającą jego uczucie dziewczynę, Olę (Alina Szewczyk). Zaś na co dzień troskliwie opiekuje się matką (Agata Kulesza), z którą mieszka w przedwojennej kamienicy. Kiedy w wyniku eksmisji rodzina traci dach nad głową, rozpoczyna się wyczerpująca tułaczka po Warszawie – między jedną noclegownią a drugą. W końcu Markowi udaje się wynegocjować miejsce w skłocie w centrum miasta. Szczęście bohaterów nie trwa długo, bo w stolicy właśnie rozpoczyna się manifestacja niepodległościowa. Do budynku, w którym znaleźli schronienie, próbuje wedrzeć się grupa agresywnych chuliganów. Wydarzenia, jakie rozegrają się w murach skłotu, odcisną niemożliwe do zatarcia piętno na życiu wszystkich bohaterów.

Recenzje

Jeśli któryś film rodzimej sceny w 2017 roku wzbudził we mnie szczególnie niepokojące odczucia, to był to właśnie Pewnego razu w listopadzie. 7
  • 2018-07-23
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego to dzieło pesymistyczne i wstrząsające, ukazujące rodzime nienawiści w radykalny i szczery sposób. Twórca wikła się tutaj w temat walk narodowców, eksponując plemienną naturę polskiego społeczeństwa podczas zamieszek towarzyszących obchodom Święta Niepodległości w 2013 roku. Dokumentalne sceny prowokują do zadumy nad kondycją narodu – mordują przy tym romantyczne wizje wieszczów. Dodatkowo Pewnego razu w listopadzie staje się kinofilską ucztą dla oka i umysłu.

Ze względu na ustrój komunistyczny oraz dominację socrealizmu w rodzimej kulturze, zjawisko nowej fali nigdy nie znalazło swojego miejsca w Polsce. Gdy socrealizm powoli zaczął ustępować, a śmierć Stalina dała nadzieję na całkowitą odwilż, reżyserzy przystąpili do powojennych rozliczeń, ignorując kształtujący się we Francji nurt młodych filmowców. Wyjątek może stanowić jedynie Nóż w wodzie w reżyserii Romana Polańskiego. Andrzej Jakimowski rekompensuje narodowy kompleks nowofalowców – tworzy dzieło głęboko zakorzenione w globalnym kinie kontestacji oraz nurcie „młodych gniewnych”. Przy tym odwołuje się do klasyki nonkonformistów z kamerą w ręce.

Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak wielki rozłam w polskim społeczeństwie można zauważyć na przestrzeni kilku ostatnich lat. Ksenofobiczna zaraza toczy część narodu, ubraną w koszulki z flagą Polski, dumnie wznoszącą kije baseballowe z wizerunkiem Małego Powstańca oraz kostki brukowe. Pewnego razu w listopadzie demaskuje zbiorową autodestrukcję poszczególnych grup ideologicznych. Szczególnie celne wydaje się podkreślenie wydarzeń towarzyszących obchodom Dnia Niepodległości w Warszawie. Plemienne walki między radykalną klasą ludową a liberalnymi ugrupowaniami rozgrywają się na tych samych ulicach, którymi ponad 50 lat temu maszerowali zjednoczeni powstańcy. Na ścianach warszawskich ulic widnieją dumne - lecz pisane bezrefleksyjnie - graffiti: Polska Walcząca – jakże cynicznie brzmi to dzisiaj.

Sam charakter starcia – uwiecznionego na dokumentalnych materiałach – przypomina szturm twierdzy, rdzenne walki o czystość krwi w narodzie. Nieprzypadkowo grupa antysystemowych działaczy na rzecz mniejszości narodowych ukrywa się w squatcie, którego wąskie, niemal klaustrofobiczne korytarze pokryte zostają naściennymi malowidłami wykonanymi przez jej mieszkańców. W ten sposób twórca kreuje poczucie niezależności ukazanego miejsca oraz jej _undergroundowy_ charakter. Odpowiedni sposób kadrowania – czy wspomniane wcześniej malowidła – tym bardziej upodabniają miejsce do prehistorycznych jaskiń. Finalnie to właśnie w nich odbędzie się walka o prawa człowieka z narodowymi bojówkami. Ostatnia sekwencja zostaje znakomicie wystylizowana na działania zbrojne, kojarzone z okresem starożytności czy średniowiecza – w najlepszym razie z kolei przypominają one fikcjonalny Atak na posterunek 13 Johna Carpentera.

Na szczęście Jakimowski nie jest monotematycznym nudziarzem czy radykalnym oszołomem przy megafonie. W swoim filmie stara się skumulować jak najwięcej narodowych wad i przywar – obrywa się przy tym obu partiom sprawującym władzę w Polsce na przestrzeni ostatniej dekady. Głównym motywem produkcji – obok ksenofobicznych ruchów – staje się beznadziejna sytuacja bezdomnych, brak jakiejkolwiek próby pomocy ze strony państwa. Oczywiście, oba wspomniane wątki zgrabnie zazębiają się na przestrzeni filmu, tworząc najdosadniejszy portret społeczny być może od czasów Placu Zbawiciela albo Dnia świra (wtedy Marek Koterski prowokował jeszcze do śmiechu przez łzy – przy okazji Pewnego razu w listopadzie pozostaje sama gorycz).

Na ulice Warszawy trafiają liczne mniejszości narodowe – rodzimy system nie rozpieszcza również Polaków. Bez domu zostaje bohaterka kreowana przez Agatę Kuleszę. Z krótkiego dialogu dowiadujemy się, że kiedyś pracowała jako nauczycielka (na tym polega scenopisarska doskonałość Jakimowskiego – w półsłówkach nakreśla on pełne spektrum problemu, tworzy narracyjne puzzle, które musi złożyć odbiorca). Kobiecie towarzyszy jej syn, Mareczek (z jego perspektywy poprowadzona zostaje traumatyczna fabuła produkcji) oraz pies Koleś. Zwierz wkracza na metafizyczną płaszczyznę filmu, wspólnie przeżywając tragedię wraz z bohaterami – oddaje przy tym ich stan mentalny i egzystencjalny. Przy tym nie posiada żadnych praw społecznych, podobnie jak protagoniści. Pies jest przybłędą, którego zaadoptowała postać grana przez Kuleszę. Tym samym staje się integralną częścią problematyki Pewnego razu w listopadzie wraz z ukazanymi sylwetkami osób bezdomnych. Jakimowski błyskotliwe odnosi się tutaj do klasyki kina francuskiego, Na los szczęścia, Baltazarze!, w reżyserii Roberta Bressona. Liryczny film również demaskował podłość natury ludzkiej – potrafił jednak odnaleźć w niej dobro i łagodność. Refleksyjny charakter Pewnego razu w listopadzie wysnuwa znacznie bardziej pesymistyczną wizję ludzkości. Rodzime społeczeństwo – zwłaszcza ludzie młodzi – w najlepszym razie łapie za broń i staje do walki z oprawcami, innym razem cierpi na marazm. Ostatecznie zostaje przeżarte nienawiścią.

Marazm czy brak perspektyw towarzyszy zwłaszcza Mareczkowi, który snuje się bez perspektyw po ulicach Warszawy w trakcie ostatnich spokojnych dni miasta. Przypomina tutaj nowofalowych bohaterów filmów Françoisa Truffaut czy Jean-Luca Godarda, błąkających się po pustym świecie, pozbawionych perspektyw. Różnica polega wyłącznie na tym, że Mareczek widzi w postaci matki swoistego mentora, próbuje jej pomóc w beznadziejnym losie – nie potrafi jednak utożsamić się z kobietą. Tamci żyli w świecie pozbawionym wzorców.

Ciekawy zwłaszcza wydaje się motyw zamieszczenia autentycznych nagrań w prezentowanym materiale. Podobny zabieg wykorzystał Haskell Wexler, realizując Chłodnym okiem – wtedy problematyka filmu skupiała się na głośnych strajkach młodych Amerykanów w 1968 roku. Rzecz dotyczyła m.in. problemów na tle rasizmu. Minęło 50 lat, mieszkamy w Polsce – nienawiść wciąż taka sama. Aż dziw bierze, jak potężny ładunek emocjonalny skrywa się pod odstręczającym wizualnie obrazem Jakimowskiego. Jeśli któryś film rodzimej sceny w 2017 roku wzbudził we mnie niepokojące odczucia, to był to właśnie Pewnego razu w listopadzie.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Jakimowski znowu blisko ludzi odseparowanych przez społeczeństwo, zaangażowany jak Ken Loach - cierpkie rzeczy opowiada subtelnie przez dłuższy czas. 7

Andrzej Jakimowski przez wielu kojarzony jest automatycznie z realizmem magicznym, ale też zawsze towarzyszy ludziom zignorowanym, odszczepionym od społeczności dobrowolnie lub na siłę, walczącym o coś i podąża za nimi ramię w ramię. Robi to zawsze bez awanturowania się i tak też jest w Pewnego razu w listopadzie. Poszukuje lepszego świata i ludzi, razem z bohaterką. W pewnym momencie trochę rozbiega się w kierunku narracji, która spłyca historię i sposób snucia opowieści. Jednak przez większość filmu to zachwycająco wstrzemięźliwa, ale poruszająca historia bojkotowania przyjętych przez większość norm.

Historia opowiada o Marku, który wraz z matką tuła się po różnych miejscach, z powodu odebrania im przez bezduszne państwo mieszkania. Bez hałasu powoli odkrywane są przed nami fakty. Jego mama była nauczycielką, a Marek jest ambitnym studentem, który wkłada wiele wysiłku by pomóc matce w znalezieniu zakwaterowaniu, sam sypiając w garażu u ojca swojej dziewczyny i pracując ile tylko może. Sytuacje utrudnia Koleś – pies – który nie jest tolerowany przez większość przytułków, a squat jest na razie zapełniony. Widzimy między słowami ile doświadczyła ich rodzina oraz w jakiej sytuacji się znalazła. Nie jest to też o marginesie społecznym, jak się domyślamy z delikatnego odsłaniania przeszłości w trakcie filmu, a ludziach, których system otoczył nie pozostawiając drogi ucieczki. Nie ma tutaj otwartego ognia – żadnego głośnego dramatu. Dlatego budzi to doskonale wewnętrzną niezgodę w widzu i angażuje totalnie w historię.

Agata Kulesza u Jakimowskiego jest trochę, jak bohater najnowszego filmu Jana Jakuba Kolskiego, Las 4 rano. Znajduje serdeczność i otwartość, pomoc u ludzi, wyautowanych przez wypolerowany świat, ich wartości nie pokrywają się wzajemnie, a jej towarzyszem jest pies. Później wraca do squatu razem z Kolesiem, akurat w napiętej sytuacji, gdyż zbliża się święto zdominowane obecnie przez „narodowców”, którzy traktują mieszkających w tym budynku ludzi jako żerujących biedaków, uwierających pięknej, pełnej dobrobytu Polsce. A Jakimowski przykłada lupę i bardzo szczerze pokazuje, z dużym humanizmem to środowisko, ale bez żadnych nadmiernych pieśni pochwalnych w ich stronę – raczej z szacunkiem dla wartości jakimi się kierują. W naszej bohaterce jest dużo wdzięczności, nie złości, ale i poczucia bezsensu – bohaterka kafkowska. Jest to zaprezentowanie w piękny sposób silnej kobiety, ale po cichu, wytrwałej i spokojnej – co nie znaczy biernej, czy pogodzonej, raczej trochę zmęczonej niesprawiedliwością. Możemy domyślać się, że kiedy traciła mieszkanie, pracę, dostęp do pieniędzy, to swoje już wykrzyczała. Jednocześnie nie ma w tym żadnego reportażowego stylu (nie licząc pewnych niepasujących momentów do sposobu tkania historii przez reżysera), czy zabawy w „sprawę dla reportera”.

Pewnego razu w listopadzie jest słodko-gorzką historią w stylu społecznie zaangażowanego kina Kena Loacha, która czasami jest zbyt dosłowna i za dużo wylicza frustracji naszym robaczywym krajem. Odbiega od tej spójności i skupienia, które towarzyszy większej części trwania opowiadania. Jednak uroku, refleksji o przywiązaniu do domu (mieszkanie również jako bohater), a bardziej do swoich idei ponad wszystko, nikt filmowi nie odmówi. Pewnego razu… niestety dzieje się nie raz w Polsce, a cały czas…

1 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie