Szkoła życia 5.0

Życie Paula (Jean Scandel) od początku ograniczone było wysokimi murami sierocińca – surowego budynku, mieszczącego się na robotniczych przedmieściach Paryża. W jego życiu dominowały strach i melancholia. Los chłopca odmienia się, gdy trafia pod opiekę Célestine (Valérie Karsenti) i Borela (Éric Elmosnino), mieszkających na pełnych zielonych lasów, mglistych ziem i rozległych pól terenach należących do Hrabiego de la Fresnaye (François Berléand). Na miejscu poznaje ekscentrycznego kłusownika Totoche’a (François Cluzet), od którego uczy się życia, poznaje sekrety pobliskich lasów, a także odkrywa, że jego przybycie do regionu Sologne nie było przypadkowe.

Recenzje

Na pierwszy plan wysuwają się kwestie adaptacji osieroconego chłopaka w nowym środowisku oraz błoga kontemplacja malowniczej natury. 6
  • 2018-11-06
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Szkoła życia przedstawia oryginalny obraz Francji, daleki od wszelkich dotychczasowych stygmatyzacji kulturowych tego kraju. Spokój leśnych kniei eksponuje urzekającą faunę i florę. Na pierwszy plan wysuwają się kwestie adaptacji osieroconego chłopaka w nowym środowisku oraz błoga kontemplacja malowniczej natury.

Paryż roku 1927. W powietrzu wciąż unoszą się społeczne niepokoje, związane z burzliwym okresem I wojny światowej (zginął w niej m.in. ojciec głównego bohatera). Twórcy nie przedstawiają jednak Francji skąpanej dymem wielkich metropolii, nie potrafiącej poradzić sobie z powojenną traumą. Daleko jej również do południowej prowincji, z winoroślą dojrzewającą na rozpalonym słońcu. Do takich krajobrazów – czasem zahaczających o pocztówkową sztuczność – przyzwyczaili nas filmowcy w niezliczonych tytułach. W zamian widz otrzymuje wgląd w zupełnie inne dobra kulturowe: Francję okresu międzywojennego, w której szlacheckie dworki i huczne polowania były na porządku dziennym. Podobnie jak Filip Bajon w najnowszy filmie, Kamerdynerze, także twórcy Szkoły życia eksponują malowniczą epokę, która już nie wróci, umiejscowioną gdzieś w ciszy między burzliwym czasem dwóch wojen. Tak zgrabnie skonstruowana przestrzeń pozwala wyeksponować temat adaptacji głównego bohatera do nowego miejsca i równie nowej rodziny.

W tej kwestii Szkoła życia podejmuje się podobnej wiwisekcji emocji adoptowanego chłopca, co jedna z moich ulubionych animacji ostatnich lat, Nazywam się Cukinia. Obraz domu dziecka w obu przypadkach przypomina bardziej piekło dla najmłodszych, niż zdrowo funkcjonującą placówkę społeczną. W tym jednak wypadku pośród sierot przebywamy tylko na początku filmu – podejrzewam, że tam właśnie główny bohater przeżył prawdziwą szkołę życia. Wszystko, co dzieje się później, przypomina stoicką idyllę, delikatnego kuksańca w ramię po ciężkim pojedynku na gołe pięści.

Ciekawe wydaje się zwłaszcza ukazanie perspektywy obu stron uczestniczących w adopcji. Z jednej strony obserwujemy dziecko, radzące sobie w nowym miejscu i rodzinie. Z drugiej – do głosu dochodzą również adoptujący, dorośli ludzie postawieni w nieoczekiwanej sytuacji (zastępcza mama początkowo zostaje zmuszona do przygarnięcia sieroty pod swój dach). Widz obserwuje roztapianie komunikacyjnych lodów pomiędzy obiema stronami, znajdowanie wspólnego języka i godzenie się ze wzajemnymi dziwactwami. Wszystko podane z przyjemną gracją i rozwagą – dla dużych i małych.

Reżyser i współscenarzysta filmu, Nicolas Vanier, rozkoszuje się kinem familijnym ze zwierzątkami. Spod jego rąk wyszła m.in. pierwsza część popularnej serii dla najmłodszych, Bella i Sebastian. Tym razem nie można wyróżnić konkretnych zwierząt, wchodzących w interakcję z głównym bohaterem Szkoły życia. Cała fauna i flora wydaje się tętnić własnym życiem, wchodząc w integralną jedność z emocjami małego chłopca. Ciekawe (pytanie, na ile edukacyjne...) wydaje się zwłaszcza przełamanie pewnych klisz i schematów związanych z kinem dla najmłodszych. Tym razem – paradoksalnie – kibicujemy lokalnemu kłusownikowi, z którym zaprzyjaźnia się główny bohater. To leśniczy okazuje się mniej przyjazną postacią, zaglądającą często do kieliszka (czy bardziej: lampki wina) oraz gardzącą swoim nowym podopiecznym (główny bohater jest jego podopiecznym). W tym aspekcie wizualna gloryfikacja natury gryzie się trochę z podjętą tematyką oraz sposobem jej przedstawienia. Na szczęście finał znów przywraca wiarę w intencje twórców: Wielki Jeleń staje się znakomitym symbolem, na bazie którego można "redkonować" całe kłusownicze podłoże filmu. W innym wypadku można zarzucić twórcom delikatną hipokryzję wizualno-merytoryczną.

Motyw łowów przywołuje również jedną z najbardziej malowniczych scen polowania, pełnego wytresowanych zwierząt, konnych jeźdźców oraz majestatycznych koron drzew, spomiędzy których wyłaniają się członkowie tej sfory. Wszystko sfotografowane zostaje z lotu ptaka na stosunkowo długich ujęciach. Miód leśnych pasiek na moje oczy.

Żałuję tylko, że twórcy Szkoły życia nie zdecydowali się rozwinąć wątku taboru cygańskiego, który w pewnym momencie kradnie czas ekranowy. Pośród przyjezdnych pojawia się postać małej dziewczynki. Na mocy klasycznych historii dla najmłodszych, Cyganeczka zaprzyjaźnia się z chłopcem – wspólnie przeżywają... wyjątkowo mało niebezpiecznych przygód. Bynajmniej nie wychodzi to Szkole życie na złe, jednak młodzi widzowie – wychowani na Cartoon Network oraz kinie superbohaterskim – mogą nie docenić spokoju prezentowanych wydarzeń oraz ciepłego, rodzinnego humoru, którym przepleciona zostaje cała historia. Rozwinięty wątek taboru Romów mógłby ocieplić wizerunek tej mniejszości etnicznej, do której zarówno Francuzi, jak i Polacy odnoszą się z nieskrywaną pogardą (o czym świadczyła m.in. przaśna i ksenofobiczna komedia Czym chata bogata).

Szkoła życia posiada wyjątkowo dużą ilość wątków, jak na kino familijne dla najmłodszych. Nicolas Vanier trzyma rękę na pulsie – żadnego z nich nie gubi, ani nie urywa. Czasem tylko zepchnie go na dalszy plan, aby wyeksponować clue fabuły. W tym wypadku staje się nim zagadka tożsamości głównego bohatera. Dorośli widzowie bez problemu rozwikłają tajemnicę pochodzenia chłopca, jeszcze zanim film dotrze do połowy projekcji. Dla młodszych może szykować się całkiem ciekawa – choć bardzo bajkowa – intryga z wielkim dworem w tle. Poza tym zieleń i dzikie zwierzątka... Takiej Francji jeszcze nie było.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie