Yomeddine. Podróż życia 1.0

"Yomeddine" oznacza w języku arabskim "Dzień Sądu". Fragmentem, który najbardziej nawiązuje do tego pojęcia, jest scena wschodu słońca pod mostem, gdzie Rayes mówi Beshayowi, że "na Yomeddine, wszyscy będziemy równi". Wyleczony z trądu kopt Rayes i przygarnięty przez niego sierota Beshay po raz pierwszy opuszczają granicę kolonii trędowatych i ze skromnym dobytkiem przytroczonym do grzbietu osła wyruszają w podróż przez Egipt, by odnaleźć to, co zostało z ich korzeni, z ich rodzin. Konfrontują świat ze wszystkimi jego smutkami, trudnościami i chwilami łaski, w poszukiwaniu rodziny, swojego miejsca na świecie, odrobiny człowieczeństwa.

Recenzje

Yomeddine. Podróż życia nie jest utworem nieznośnie uduchowionym. Prosty, nie prostacki i tym wygrywa. Zachowuje równowagę surowego naturalizmu i uczuciowości. 7

Z pozorną lekkością, ale jednocześnie ogromnym zaangażowaniem emocjonalnym dostajemy bez kosmetyki realiów obraz o potrzebie bliskości. Nasz bohater rusza w drogę, by odnaleźć rodzinę, uzupełnić ziejącą w nim pustkę niewiedzy o swojej tożsamości, kiedy tak naprawdę najbliższa relacja tworzy się właśnie w trakcie drogi. Nie punkt na mapie, cel, a to, co się odbędzie w trakcie osiągania go, jest clue tej szczerej historii. Podróż po definicji słowa humanizm.

Rayes doświadczył wielkiej tragedii w swoim życiu i stracił sporo wiary w jego sens. Ciężko mu przebywać dalej w kolonii, mimo że wyleczony z trądu i z pełną akceptacją swojego wyglądu przez obecną tam społeczność. Koło niego kręci się nieustannie młody chłopak Beshay, który będzie chciał razem z nim ruszyć w podróż. Naszemu bohaterowi z początku towarzystwo chłopaka uwiera i ciąży, bo sam dźwiga spory ciężar wewnątrz siebie i pragnie wszystko związane z przeszłością zostawić za sobą. Również nie potrzebuje świadków swojego cierpienia.

Yomeddine. Podróż życia nie jest utworem nieznośnie uduchowionym. Prosty, nie prostacki i tym wygrywa. Zachowuje równowagę surowego naturalizmu i uczuciowości. Doskonale wyeliminowane zostały pstrokacizny, czyli przeskakiwanie z jednej skrajności emocjonalnej w drugą. Nie ma też kuszącej niejednego twórcę swoistej pornografii tragedii. Odczuwamy sporą dojrzałość w opowiadaniu historii, której koncepcja przecież już miała miejsce w kinie. Jednak ten obraz ma w sobie niejedną zadrę, ale niewyeksponowaną w celu wywołania łatwego wzruszenia. Bez wmuszania w oczywisty sposób krzepiącej historii reżyser tworzy z nieskomplikowanej, ale czujnej obserwacji przypowieść. O prawdziwych przyjaciołach poznawanych w biedzie… wtedy tej biedy ubędzie.

Film wzrusza bez sztuczek i podstępów narracyjnych. Naturalnie kieruje się wartościami zagłuszonymi przez konsumpcjonizm. Wywyższa zażyłość z drugim człowiekiem, a pejzaż ubóstwa, pełen brzydoty zostaje zdominowany przez piękno komunikacji. Chociaż wydawałoby się, że na takim płowym gruncie nie ma miejsca na przyjęcie się takich nasion, które rosną, kwitną i pną się, tworząc przyjaźń. Zdecydowanie nie jest to elementarzowa historyjka o spotkaniu ze sobą inności i zbratania, a naturalnej i ludzkiej potrzebie posiadania kogoś bliskiego.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie