W cieniu drzewa 6.8

Rodzice Atliego wdają się w spór z sąsiadami o wysokie drzewo blokujące im dopływ światła słonecznego na taras. Drobna sprzeczka zaczyna nieoczekiwanie przybierać na sile i wymykać się spod wszelkiej kontroli.

Recenzje

Mamy do czynienia ze świetnie napisaną, nieprzeszarżowaną, autorsko wykonaną smolistą tragikomedią. Śmiech i przerażenie spotykają się w jednym miejscu. 8

Jeżeli reagujecie entuzjazmem na hasło: groteska podawana po islandzku zawijana w surowej i precyzyjnie zbudowanej atmosferze, to spałaszujcie jak najszybciej film W cieniu drzewa. To skromna, ale jakże konkretna we wnioskach opowieść o zwyczajnym szaleństwie. Największy cień rzuca człowiek, a flora jest tylko ogniskiem zapalnym do zdemaskowania egoizmu, walki o dominacje, a w ostateczności szaleństwa ludzkiego gatunku.

Historia, nawet pozornie zaprojektowana na historyjkę jedną z wielu, odbywa się na dwóch polach. W każdym chodzi o ewolucję antagonizmów ludzkich i nieudolnych próbach poskromienia chęci do walki – nieusuwalnego składnika ludzkiej kondycji. Wszystko zaczyna się od błyskawicznego rozpadu związku Atliego z Ingą, kiedy ta przyłapuje go w specyficznej sytuacji, dla niej to jednoznacznie zdrady. To nie jest ogromny spoiler, to punkt wyjścia do historii i histerii jaka nastąpi między nimi. Kobieta błyskawicznie odcina go od siebie i dziecka. Atli na czas nieokreślony, gdyż to Inga dyktuje warunki, wprowadza się do rodziców. Jest w konfliktowej sytuacji, która cały czas tylko postępuje i na dodatek w domu nie zazna spokoju i większej dawki rozsądku. Jego rodzice – Baldvin i Inga zaczynają od niewinnej dyskusji z sąsiadami, którzy proszą ich o podcięcie drzewa. Te rzuca cień na ich podwórko. Na początku Baldvin już wykręca numer do ogrodnika – jednak Inga nie będzie miała w planach dojść do porozumienia z Konradem i Eybjorg – wciągając męża zacznie wojnę (między)domową, której skala będzie rosła w nieprzewidywalnym i trudnym do zatrzymania z czasem, kierunku. Oczywiście drzewo to tylko pretekst, za każdym z bohaterów czają się ich własne cienie frustracji, zazdrości i niezamkniętej przeszłości.

Reżyser Hafsteinn Gunnar Sigurðsson z ogromnym wyczuciem pulsu, ogładą i rytmem ilustruje na zimno, jak gdyby wpuścił naszych bohaterów do laboratorium (ale obraz nie wydaje nam się przez to być umowny i nieangażujący) introwertycznie maksymę „człowiek człowiekowi wilkiem”. Natężenie absurdu wzrasta równomiernie i naprawdę w pewnym momencie czujemy się cudownie zdezorientowani, ponieważ nie wiemy czego możemy się spodziewać po bohaterach. Tym bardziej, że nie są to od pierwszej minuty psychopaci, szaleńcy, ludzie niecywilizowani. Jednak, jak już wsiądą na karuzelę konfliktu, to nie będą mogli z niej zejść. Wściekłość i wylewająca się chęć sprawienia krzywdy drugiej osobie zacznie być beznamiętną rozgrywką. Ich poszukiwania najróżniejszych, wyszukanych form okrucieństwa, które wzbudzają w nas ambiwalentne uczucia są opowiedziane po coś – z konsekwentną beznamiętnością oraz poczuciem beznadziei. Reżyser stawia tezy bliźniacze z filozofią Hobbesa – życie społeczne jako bezwzględne walki wszystkich przeciw wszystkim. Nasi bohaterowie docierają do momentu aż poleje się krew. Odczuwamy w filmie, że w pewnym momencie nie można zmienić toru, nic ich nie powstrzyma, jak w dramacie Bóg Mordu. Tylko przez cały film towarzyszy temu specyficzny, bo nieadekwatny umyślnie do hiperagresji eksplorowanej na ekranie, nastrój stoicyzmu i umiaru.

Niesamowicie trudnym jest prowadzić, tak powściągliwą narrację w okolicznościach obłędu – oczywiście powstającego niebłyskawicznie, a zaczynającego się od długo pulsującej żyły na czole. Ciekawym zagraniem jest również przewrotność wyzwalanej agresji, która nie bierze się z testosteronu i męskich hormonów, a pierwsze litery w tym horrorze społecznym stawiają kobiety.

W cieniu drzewa to film, gdzie dostajemy powody do śmiechu, ale przerywamy go w połowie lub grzęźnie nam w gardle, gdyż tytułowy cień jest tak ogromny, przepełniony deficytem empatii, a cudze słabości i emocje nie zmniejszają agresji, wręcz tylko ją tuczą i podpowiadają kolejne zagrania. Powiedzieć o tym filmie, że to czarna komedia jest eufemizmem. Mamy do czynienia ze świetnie napisaną, nieprzeszarżowaną, autorsko wykonaną smolistą tragikomedią. Nie zaśmiejemy się totalnie, nie zapłaczemy maksymalnie, ale będziemy zszokowani gigantycznie rozmiarami tego co zobaczyliśmy i nawet nie zaksięgujemy, kiedy niewinna prośba doprowadziła do czegoś takiego – i na tym polega sztuka tego filmu.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie