Redaktor na FDB.pl oraz innych portalach filmowych. Pisze, czyta, ogląda i śpi. Przyłapany, gdy w urzędzie w rubryczce "imię ojca" próbował wpisać Petera Greenawaya.

“Goremageddonem” nieuzasadnionej przemocy, sztucznie podpięty pod znaną markę. 4

Był czas, kiedy kino grozy obrosło gęstym bluszczem kiepskich remake’ów oraz równie nieudanych horrorów z nurtu ghost story. Myślałem, że ten okres już dawno minął. Niestety, nowy The Grudge: Klątwa idealnie wpisuje się w obie ze wspomnianych kategorii. Nie dość, że bezczelnie próbuje podpiąć się pod znaną w gatunku japońsko-amerykańskim markę, to jeszcze nie wnosi do niego nic poza “goremageddonem” nieuzasadnionej przemocy.

The Grudge: Klątwa (2020) - Lin Shaye

Horror w ciągu kilku ostatnich lat powrócił do swoich niepokojących i zarazem metaforycznych korzeni. Młodzi twórcy - wśród nich Ari Aster (Dziedzictwo. Hereditary) oraz Robert Eggers (Lighthouse) - zaczęli transformować gatunek, wyciągając go z przaśnego, czasem krwawego, innym razem prymitywnego gabinetu grozy i sadowiąc obok innych filmów z niszy kina artystycznego. Przemoc w nowej fali horrorów nie miała już na celu zniesmaczyć albo przerazić widzów. Stała za nią niepodważalna treść społecznych i moralnych niepokojów - równie współczesnych, co uniwersalnych i międzynarodowych. Jednak w każdym stadzie pojawia się czarna owca. Nowa odsłona cyklu The Grudge: Klątwa jest skazą na teraźniejszym rynku historii z dreszczykiem. Pluje również w twarz sztandarowej serii kina grozy XXI wieku.

Pomimo jednoznacznego i świetnego z marketingowego punktu widzenia tytułu, The Grudge: Klątwa nie jest klasycznym remakiem japońskiego horroru z 2002 roku. Z jednej strony twórcy wprowadzają nowego ducha, nowe postacie i nową historię. Z drugiej – odwołują się niekiedy do bohaterów albo całych scen z oryginalnej Klątwy Ju-on. Chronologia serii The Grudge została postawiona na głowie. Radzę wam jednak potraktować najnowszy film jako niezobowiązujący spin-off, którego twórcy tyleż aspirują do bycia w kanonie, co równie skutecznie próbują go przełamać.

The Grudge: Klątwa (2020) - Demian Bichir

Nowa mitologia japońskich demonów, które z pewnego powodu stąpają po amerykańskiej ziemi, nie jest szczególnie innowacyjna. Wiemy z filmu, że klątwa rodzi się pod wpływem śmierci z rąk szaleńca. Wiemy również, że duchy, demony tudzież inne gusła, które nachodzą głównych bohaterów widowiska, przypominają bardziej zombie niż charakterystyczne blade postacie z poprzednich części. Dlaczego? Któż to wie... Tego motywu scenarzyści nie raczyli już wyjaśnić. Podobnych luk fabularnych jest z resztą więcej. Na pierwszy rzut oka historia zawarta w filmie prezentuje się ciekawie. Twórcy poruszają kilka luźno powiązanych ze sobą wątków, z których każdy odnosi się do opętanego domostwa i przebywającego w nim ducha dziewczynki. Co na pewno udało się scenarzystom The Grudge: Klątwa, to czułe i wrażliwe zarysowanie obyczajowego tła każdej postaci. Pojawia się m.in. wątek małżeństwa z długim stażem i choroby bezpośrednio związanej ze starością. Pojawia się też młoda para, która oczekuje pierwszego dziecka. Problem polega na tym, że motyw opętania jest niemal identyczny w każdej z obranych przez twórców ścieżek fabularnych. Twórcy horroru To również rozbili fabułę na kilka przeplatających się ze sobą wątków. Tam jednak nad każdą postacią wisiała inna paleta groźnych sztuczek przerażającego Pennywise’a. W The Grudge: Klątwa bohaterowie – a zarazem widzowie – straszeni są wciąż tymi samymi motywami, które po pewnym czasie zupełnie przestają zaskakiwać.

Bynajmniej, nie twierdzę, że horror nie spełnia swoich podstawowych zastosowań. Były sceny, w których czułem lodowaty dreszcz na plecach. Zdarzały się także momenty, w których trakcie nerwowo podskakiwałem na fotelu. Jednak występowały one wyłącznie na początku filmu. Problem polega na tym, że reżyser i scenarzysta od pierwszych scen na pełnym gazie wjeżdża na autostradę grozy. Później pędzi tym samym pasem, nie redukując nawet tempa jazdy. Dociera do finałowych scen, gdzie popełnia spektakularną kraksę. Wszystko odbywa się bez stosowania oryginalnych sztuczek. Chyba, że taką można nazwać podkręconą do niebezpiecznie wysokiego poziomu skalę przemocy oraz brutalności.

The Grudge: Klątwa (2020) - Lin Shaye, Tara Westwood

Nicolas Pesce wdarł się na scenę grozy przerażającym i autorskim thrillerem Oczy matki. Tym razem nie podołał przeładowanej wątkami historii. Horror momentami przypomina wracające w ostatnim czasie do łask antologie kina grozy. Niestety, poszczególne linie fabularne, zamiast stopniowo zacieśniać się na głównym wątku, zaczynają go rozwarstwiać. Groza z jednej strony wynika ze społecznego lęku przed obłędem oraz majakami. Z drugiej - bezlitośnie dewastuje ciała bohaterów The Grudge: Klątwa. Jednak czy poziom grozy w ogóle działa? Czasami. Duża w tym zasługa emocjonalnej więzi, którą mimo wszystko widz potrafi nawiązać z postaciami w filmie. Dzieje się to za sprawą wiarygodności ich egzystencjalnych rozterek i moralnych dylematów.

Podobnie jak kilkuletnie Rings albo Leatherface, także nowa odsłona cyklu The Grudge: Klątwa nie równa się początkom swoich serii. Co gorsza, gdyby zmienić tytuł tego horroru i wyciąć z niego - góra - trzy sceny, można byłoby mówić o nowym tworze, niezależnym od żadnej znanej dotychczas franczyzy.

1 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze 2

pajki_filmaniak 3

miłych snów w kinie

Proszę czekać…