Wieś pływających krów

Kilkoro ekologicznie świadomych i alternatywnie żyjących młodych berlińczyków w ramach wakacyjnej wyprawy zwiedza Biebrzański Park Narodowy. Trafiają potem na przepiękną, podlaską wieś, gdzie wynajmują stary, drewniany dom od miejscowego gospodarza, pana Stanisława. Spacerują, fotografują przyrodę, medytują, ćwiczą akro-yogę, zdobywają wiedzę na temat leśnych grzybów, modlą się do księżyca, wyrażają współczucie dla zwierząt hodowlanych, kąpią się nago przy studni, jedzą warzywa znalezione na śmietniku przy najbliższym sklepie spożywczym. Dla miejscowych są bardziej egzotyczni niż jakiekolwiek osoby znane z telewizji i filmów. Czy mimo braku wspólnego języka i tak olbrzymiej kulturowej przepaści jest możliwe porozumienie między dzisiejszymi neohippisami i miejscową ludnością?

Recenzje

Film pływa w pięknych widokach, ale w całym swoim ambitnym planie pokazanie tęsknoty człowieka za naturą i rozumienia jej inaczej, przepływa przez nas obojętnie - proste kontrasty. 5

Tendencja ludzi garściami czerpiącymi z nowoczesności i kuszących świecidełek kapitalizmu do tęsknoty za naturą jest coraz bardziej widoczna. Społeczeństwo zaczyna podchodzić bardziej refleksyjnie i krytycznie do konsumpcyjnego stylu życiu i widzi konsekwencje zagłuszenia naturalnych instynktów. Chodzisz do pracy, której nienawidzisz, żeby kupować rzeczy których nie potrzebujesz!!!! – jak w anarchistycznym nastroju skutecznie wykpił współczesność Chuck Palachniuk w Fight Club. Dokument o magicznym tytule Wieś pływających krów chwyta ten poważny temat rozrzedzając go żartem, ale sprawa wyślizguje się totalnie reżyserce z rąk albo nie starcza jej pary. Konfrontacja poszukujących prawdziwej natury i tych żyjących z nią na co dzień prowokuje wiele tematów do dyskusji. Tutaj zostaje przyjęta jedna narracyjna dosyć szybko spłaszczająca obraz i irytująca metoda – czołobitnego kontrastu. Zbudowany on jest w sposób zbyt prosty, a temat ledwo nadgryziony.

Naszymi bohaterami jest trójka młodych mieszkańców Berlina, którzy nie chcą żyć na ustawieniach fabrycznych, przytakiwać na rozpadający się świat i zobojętnieć. Chcą słuchać naturalnych dźwięków przyrody, nie nowoczesnej muzyki w klubach codziennie. Są ideowcami i radykalnie podchodzą do zmian, jakie chcą wprowadzić swoje życie. Dla ratowania siebie i świata, jakkolwiek górnolotnie to brzmi. Nie chcą najnowszego modelu obuwia, które zrobiły małe, wyzyskiwane rączki, a pragną chodzić boso po trawie. Nie tolerują nowoczesności. Dlatego wyjeżdżają do gospodarstwa w Polsce, gdzie liczą trochę na swoją Ziemię Obiecaną. Gdzie skonfrontują się z inną rzeczywistością – tą, o której marzą w ciasnych budynkach swoich prac wysysających z nich życie.

Jednak spotkanie nie okazuje się cudownym detoksem. Ich fascynacja nie jest zero-jedynkowa, gdyż zauważają wiele nieścisłości ze swoimi wyobrażeniami. Te nieporozumienie reżyserka pokazuje na poziomie języka, co ma bawić, ale też chyba symbolicznie pokazywać, że obydwie strony kochają naturę, jednak inaczej tą miłość okazują. Młodzi intelektualiści z Berlina nie akceptują jedzenia mięsa, braku wspólnotowości wśród mieszkańców wynikającej z ogromu pracy jaką jest posiadanie gospodarstwa, ale wycofują się od prostego oceniania. Druga strona jednak nie ma z tym problemu – ma o wiele mniej rozszerzone horyzonty i nie sięga myślą dalej, niż ich własna ziemia. Nie mieści im się w głowie pragnienie trójki entuzjastów życia bez pieniędzy, inne spojrzenie na model rodziny oraz religię. Grubą kreską jest zarysowana różnica pomiędzy tymi światami, które tak naprawdę są zakochane w tym samym – w naturze.

No, ale cóż z tego dokumentu wynika? Teza nieporozumienia, zderzenia wyobrażeń z realiami, przepaści intelektualnej i innego poziomu świadomości, które stają się obiektem żartu, wręcz chwilami drwiny dla reżyserki, jest przez widza zrozumiana po kilku minutach. Potem stosowane są nieustannie te same manewry. Jest obecna jakaś koślawość w budowaniu relacji. Miejscowy rozmawia z przyjezdnym. Nie rozumieją się i tak kręcimy się w kółko. Do tego jaskrawe i oczywiste różnice wymienianie w filmie, jak gdyby po przecinku. Anegdotyczny charakter tego dokumentu nie wprowadza żadnej dyskusji i streszcza problem albo infantylizuje go do salw śmiechu ze zdziwienia obydwu stron sobą nawzajem. Tak, to bawi na najprostszym poziomie, ale co jeszcze? Nic. Obraz nie wyciąga jakiejś esencji z tego spotkania z „obcym”. Nie rozpisuje interesująco tego finalnego rozczarowania. Wszystko jest jakieś skrótowe, chwilami nieznośne manipulowane, a sam seans przebiega przez nas. Nie zostaje w nas długo, bo nie ma z czym. Chyba, że z pięknymi widokami.

Temat krzyżówki innych środowisk, które mają się od siebie uczyć nawzajem, gdzie jedno jest zabarykadowane i zdziwione, a drugie rozczarowane i też z wyrazem twarzy pełnym niezrozumienia, zostaje we Wsi pływających krów potraktowany protekcjonalnie. Z lekkością, która sprawi, że tak naprawdę widz się tyle tutaj śmieje, ale nic się nie dzieje. Turyści przyjechali, zostali ugoszczeni, a czas płynie jak te krowy i nic ze sobą nie niesie. Dokument mający spore ambicje i fantastyczny pomysł oraz bardzo korespondujący ze współczesną, rosnącą kontestacją sytuacji dobrobytu u młodych, mówi o tym, tak bez fantazji. Głębszą i większą myślą ten utwór nie jest skażony.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie