Pogrążeni w żałobie Tobias i Elin wyruszają pod namiot, aby zbliżyć się do siebie i spróbować uratować rozpadające się małżeństwo. Na miejscu, zamiast wyczekiwanej sielanki, zastają troje cyrkowych artystów, którzy wciągają ich w wir okrucieństwa, upokorzeń i psychicznego terroru.
Redaktor na FDB.pl oraz innych portalach filmowych. Pisze, czyta, ogląda i śpi. Przyłapany, gdy w urzędzie w rubryczce "imię ojca" próbował wpisać Petera Greenawaya.

Koko-di Koko-da kradnie od najlepszych. 3

FEST MAKABRA 2019

Koko-di Koko-da (2019) -

Recenzja horrorów z przeglądu FEST MAKABRA stała się moją coroczną tradycją na Halloween. Szkoda zatem, że pierwszy film z bieżącego repertuaru okazał się sromotną porażką na tak wielu frontach. Koko-di Koko-da garściami czerpie od najlepszych: od Lyncha, von Triera i Ramisa. To, co robi z podebranym materiałem, to już zupełnie inna historia...

Koko-di Koko-da opowiada historię przepracowania traumy przez małżeństwo, które kilka lat wcześniej utraciło dziecko. Wspomnę tylko, że scena niespodziewanej śmierci 8-latki jest niewątpliwie najmocniejszym elementem filmu. Twórca trzyma tutaj rękę na pulsie. Nie szarżuje. Buduje napięcie i wywiera adekwatną, psychiczną presję na rodzicach dziecka. Hamuje również ciężkostrawną groteskę.

Koko-di Koko-da (2019) - Leif Edlund

Niestety, wszystko, co dzieje się później, zakrawa o makabreskę najgorszego sortu kina grozy. Johannes Nyholm próbuje zamknąć przewałkowany na setki możliwych sposobów temat w oryginalne ramy narracyjne. Fabularna konstrukcja filmu przypomina Dzień świstaka, ze stale zapętlającą się koleją wydarzeń. Nie on pierwszy eksploatuje ten motyw w horrorze. Wcześniej powstał przecież kanadyjski Repeaters oraz niedawny W wysokiej trawie na podstawie prozy Kinga. Powtórzenia w każdym z wymienionych tytułów mają na celu skłonić bohaterów do wyciągnięcia wniosków i refleksji nad popełnionymi czynami. Tylko refleksji w Koko-di Koko-da nie ma. A jeśli jest, to zrealizowana topornie, bez grama psychologicznej głębi w ukazanych postaciach.

Lars von Trier zmagał się z podobnym tematem w Antychryście. Wyraźnie widać, że Johannes Nyholm widział ten film przed przystąpieniem do prac nad Koko-di Koko-da. Tutaj również para po utracie dziecka wyrusza w podróż w głąb lasu, próbując symbolicznie pojednać się z naturą, co w końcowym rezultacie ma przynieść spokój w ich relacjach małżeńskich. Niespodziewanie zostają poddani metafizycznej sile, która przejmuje władzę nad ich losem. Co jednak świadczyło o sile Antychrysta, to depresyjny i poetycki - może nieco zbyt manieryczny - ton ukazanych zdarzeń. Johannes Nyholm ucieka w bardziej surrealistyczne rejony kinematografii. Co ma ukazać deformacja ukazanego świata? Tego nie wie chyba nikt.

Koko-di Koko-da (2019) - Peter Belli, Brandy Litmanen, Johannes Nyholm (I)

Rekonstrukcja świata ukazanego w Koko-di Koko-da przypomina dzieła Davida Lyncha, ale tylko z pozoru. Groteska filmu jest bowiem narzucająca, niesystematyczna i ciężkostrawna. Wywołuje u widza wrażenie What The Fuck? Takie przegięte, niekiedy przaśne i obleśne, bo jak inaczej nazwać scenę z psem pijącym ludzki mocz albo szalonego dziadka w białym garniturze, który ciągle sugeruje strzał z broni w genitalia głównego bohatera.

Koko-di Koko-da – arthouse czy kicz? Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta. Johannes Nyholm wodzi widzów za nos, próbując przekazać im treści pod natchnieniem. Sięga przy tym po motyw króliczej nory z Alicji w Krainie Czarów, który został już przeniesiony na język (pop)kultury na setki możliwych sposobów. Można mnożyć jeszcze inne nawiązania, przemycone przez twórcę do Koko-di Koko-da. Ale po co? W efekcie nie dostajemy żadnego racjonalnego wyjaśnienia ukazanych zdarzeń. Ot, dziwność dla samego sensu bycia dziwnym. Problem w tym, że nadmiar tej dziwności prowadzi w pewnym momencie do żenady.

W odbiorze Koko-di Koko-da nie pomaga też nieuzasadniona przemoc wobec zwierząt, kiepski montaż dźwięku, ani brak jakiejkolwiek logiki ukazanych wydarzeń. Forma dla formy, która gdzieś w połowie filmu trafia w pętlę niezaplanowaną przez reżysera. Pętlę nudy. Koncept Dnia świstaka można ograć w ciekawy sposób, czego niewątpliwym przykładem jest kino SF i film Na skraju jutra. W Koko-di Koko-da powracające sekwencje różnią się detalami i nie zmieniają swojego początkowego wydźwięku. A jeśli już coś się zmieni, to widz za bardzo nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego tak się stało.

Mam nadzieję, że kolejne filmy w ramach FEST MAKABRA nie wprowadzą mnie w tak rozległe poczucie zażenowania.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…