Szefowie mafii z Nowego Jorku zostają zatrzymani przez FBI. Ich żony postanawiają przejąć interes na który ma chrapkę konkurencja. Co ciekawe kobiety zaskakująca dobrze zaczynają się czuć w nowym otoczeniu...
filmoznawczyni, miłośniczka kina, hedonistka!

It's a Man's World 5

Rozbrzmiewające na ekranie słowa piosenki Jamesa Browna wraz z początkiem filmu wprowadzają pewien niepokój. Niepokój związany z uczuciem powtarzalności i braku subtelności, który już na starcie funduje nam jego autorka. Chciałoby się rzec, że intuicja tym razem nie zawodzi i dalsza część dzieła okazuje się gwoździem do trumny, bo po części tak jest, ale...

Królowe zbrodni (2019) -

Nowy Jork, rok 1978. Trzy żony szefów irlandzkiej mafii działającej na środkowym Manhattanie postanawiają wziąć sprawy w swoje ręcej, po tym jak podczas obławy FBI ich mężowie trafiają na trzy lata za kratki. Kathy (Melissa McCarthy), pokorna, kochająca żona z dziećmi na urzymaniu, Ruby (Tiffany Haddish) poniżana przez swoją teściową ze względu na kolor skóry oraz Claire (Elisabeth Moss), dla której przemoc domowa to chleb powszedni, dostają od miejscowego bossa jałmużnę, która jak się okazuje nie wystarcza nawet na opłacenie czynszu. Bez zawodu i wykształcenia mają związane ręce, jednak narzucone im role społeczne, w zastanej sytuacji zaczynają uwierać coraz bardziej. Ograniczane i tłamszone latami przez swoich mężów, mają okazję sprawdzić swoje siły w gangsterkim świecie i zachłysnąć się wolnością ten pierwszy raz. Niedługo później przejmują władzę w miejscowych kręgach mafijnych, a męski świat staje przed nimi otworem.

"Królowe zbrodni" to niezbyt subtelne i aż nazbyt stereotypowe opowiadanie o tym do czego może prowadzić mizoginizm oraz stygmatyzowanie ról społecznych w zależności od płci. Jak się okazuje, zranione ego nie ma płci, a jedynie funduje nam chęć zemsty i wysnucie z uczuć, co w efekcie daje nam obraz kobiety brutalnej i bezwględnej, niekoniecznie kompatybilny z siłą i niezależnością, która rozbrzmiewa echem w wielu aktualnych produkcjach. To dość kuriozalna wizytówka feminizmu, a intencje autorki, choć pierwotnie wydają się dobre, niestety toną w morzu absurdów i nieudolności twórczych.

Królowe zbrodni (2019) - Henry Mason

Film może i broni się jako groteskowa komedia, może jako kino gangsterskie, może jako dramat czy kryminał, lecz dokładnie w tym miejscu zaczynają się schodki. Ta wielogatunkowość, a właściwie trudność w zakwalifikowaniu produkcji do określonego gatunku stała się jej piętą achillesową. To co często wydaje się być gwarancją sukcesu, w tym wypadku ominęło go szerokim łukiem, a to dlatego, że autorka scenariusza i reżyserka, Andrea Berloff w porównaniu do swoich bohaterek postanowiła pozostać na bezpiecznym dla siebie gruncie i nie pójść żadną z tych ścieżek.

Brak odwagi i świeżości w zachowawczym tonie opowieści bardzo spłycił historię, która zasługuje na potraktowanie jej w sposób wielowymiarowy, a motyw emancypacyjny chwilami wznosi się tutaj na wyżyny absurdu. Dość bolesny to fakt, gdyż akcja filmu dzieje się w czasach prawdziwej feministycznej rewolucji, a motyw kobiecych gangów jest jak najbardzej wiarygodny, gdyż posiada realne odniesienie. Z takim zapleczem historycznym, jak i ideowym bohaterki filmu powinny lśnić i faktycznie lśnią, jednak wyłącznie z powodu zestawienia ich w kontraście do tchórzliwych, niezaradnych i słabych męskich postaci. Cały patriarchat, z którym walczą bohaterki wydaję się być budowlą z klocków, pośród których bawią się "niebezpieczni mafiozi". Silne kobiecie postaci, ustąpiły tutaj bardzo płytkim, jednowymiarowym ich portretom, determinowanym przez nabyte, dominujące cechy, przez co kobiecy punkt widzenia stał się mocno przerysowany, a chwilami nawet rozmazany.

Królowe zbrodni (2019) - Henry Mason

Dochodząc do początkowych "ale", mocną stroną pomimo wszystko jest aktorstwo, które w dużej mierze krąży wokoł komediowych tonów. Nie zważając na wszechobecny miszmasz, tytułowe Królowe Zbrodni wyciągnęły ze swych ról wszystko to, co najlepsze. Na ekranie zabłysnęli również psychopatyczny Domhnall Gleeson oraz Margo Martindale, w roli teściowej prosto z koszmarów. Na ekranie trup ściele się zadziwiająco gęsto, a wśród ekranowych żarcików nie zabrakło miejsca na trochę nieprzewidywalności i zaskakujących, chwilami zwrotów akcji. Fakt, iż pierwowzorem, którym inspirowała się artystka był komiks od DC pt. "The kitchen" Olliego Mastersa również okazał się strzałem w dziesiątke, gdyż wszelkie komiksowe wpływy, łącznie z zastaną groteskowością sprawdziły się całkiem nieźle.

Kreując swoje postaci, Andrea Berloff wydaje się oddawać im całą swoją siłę i zdecydowanie, którymi mogła poszczycić się w swoich poprzednich scenariuszach. W efekcie serwuje nam dość miałką opowieść o feminiźmie pisanym grubą kreską. Nie poszukuje ona nowej jakości, ani odkrywczej drogi w opowiadaniu tego typu historii, co nie jest to w żaden sposób obowiązkiem twórcy. Jednak w moim mniemaniu poczucie, że nie ma nic gorszego w kinie niż zmarnowany potencjał, może nie dawać spokoju po ukończonym seansie. "Królowe zbrodni" to mimo wszystko film, który sprawdzi się nieźle jako rozrywka na piątkowy wieczór.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…