Film oparty jest na prawdziwej historii przyjaźni Freda Rogersa i dziennikarza Toma Junoda. Kiedy znużony życiem dziennikarz (Matthew Rhys) poznaje Freda Rogersa, powoli porzuca swój sceptycyzm, ucząc się empatii, uprzejmości i przyzwoitości od najbardziej lubianego w Ameryce sąsiada.
filmoznawczyni 🎬

Wokół nas, w dobie niemoralności, chamstwa i cynizmu, wciąż jest miejsce na uprzejmość i łagodność. I o te truizmy tu się rozchodzi. 8

Najnowszy obraz Marielle Heller pt. "Cóż za piękny dzień" wyłamuje się z przeświadczenia o tym, że kino, mówiące prosto i naiwnie o pewnych uniwersalnych wartościach to gatunek, który dawno odszedł już do lamusa i nie jest w stanie zaoferować nam czegoś nowego. Nic bardziej mylnego, o czym przekonałam się wpatrując się przeszklonymi oczyma w kinowy ekran i z niedowierzaniem śledząc historię, której fenomen w dzisiejszych czasach nie powinien mieć prawa bytu. Aby w pełni dostrzec tkwiącą w niej magię, warto odrzucić krzywdzący model-paradygmat, który głosi, że wszelkie truizmy pozbawiają X muzę wyrazu i intensywności, do której tak przywykliśmy. Przyjęcie przez reżyserkę kameralnej i baśniowej wręcz formy opowiadania o narastającym w człowieku gniewie i rozgoryczeniu może spotkać się z brakiem zainteresowania i krytyką ze strony widza, który dostrzeże w niej pewną pretensjonalność. Równocześnie znajdzie się grupa osób, która pokocha tę niespieszną konwencję od A do Z i odnajdzie w niej uczucie odrealnienia i ucieczki w swego rodzaju błogostan. Jest to bowiem piękna opowieść snuta w okowach ludzkiej codzienności, równocześnie ukazująca nam coś cennego, co zgrabnie umyka naszej uwadze.

Cóż za piękny dzień (2019) - Tom Hanks

Postać pana Rogersa, zupełnie obca Europejczykom, jest niezapomnianą ikoną i legendą dla amerykańskiej społeczności. Twarz autorskiego programu dla najmłodszych, która przez pięć dekad towarzyszyła kilku pokoleniom w trudach dorastania, w sposób przystępny objaśniała związanie z tym emocje i życiowe prawdy, pomagając im przetrwać trudne chwile. Charyzmatyczna persona, od której zawsze biło ciepło i serdeczność, podjęła swoją życiową misję w uświadamianiu tym najmłodszym i najbardziej zagubionym, że każdy z nich zasługuje na miłość i szacunek. "Lubię cię takiego, jakim jesteś"- powtarzał często, wbijając swoje pogodne i szczere spojrzenie w szklany obiektyw, który przemycał promyczek nadziei do wielu zapatrzonych w niego szkrabów. Był ich sojusznikiem i swego rodzaju powiernikiem wszelkich zmartwień. Swój program prowadził w sposób nieznany naszym czasom- kameralnie, niespiesznie i z pewną dozą ascezy. Marielle Heller zgrabnie wplotła ten zamysł w narrację, i choć bez wątpienia jej film jest wielkim hołdem złożonym osobie Freda Rogersa, postanowiła umiejscowić jego figurę w opozycji do głównej historii lub, może bardziej trafnie, jako scalającą dzieło ramę.

Nie tylko dzień nie jest wcale taki piękny dla głównego bohatera filmu, Lloyda Vogela (Matthew Rhys). Nad jego życiem już od dłuższego czasu wiszą złowrogie chmury rozgoryczenia i przygnębienia. Mężczyzna z zawodu jest dziennikarzem o cynicznych skłonnościach i da się u niego zauważyć pierwsze objawy zawodowego wypalenia. Pogrążony w apatii i postępującej neurozie, którą dodatkowo napędza trwający od wielu lat konflikt z nieobecnym przez większość jego życia ojcem Jerry’m (Chris Cooper), jest powodem do zmartwień dla jego żony (Susan Kelechi Watson). Lloyd obwinia go o to, że rzucił się w wir romansów, podczas ciężkiej choroby matki, a ta niebezpodstawna, chowana uraza negatywnie wpływa na jego codzienność, tym bardziej, że sam jest ojcem kilkutygodniowego maleństwa. Pewnego dnia jego pracodawczyni zleca mu przeprowadzenie wywiadu z uwielbianą, ale i niekiedy traktowaną pobłażliwie sławą, Fredem Rogersem (Tom Hanks). Bohater niechętnie podejmuje się zadania, licząc na ambitniejszy materiał do pracy, a jego zranione ego już na starcie buduje spory dystans. Lloyd dość szybko przekona się, że ich spotkanie okaże się nie tylko osobliwym doświadczeniem, ale również osobistą terapią, której efektom przyjrzymy się z bliska.

Cóż za piękny dzień (2019) - Tom Hanks

Sekretem mocy przekazu jest to, że każdy z widzów przeżyje film indywidualnie w odniesieniu do własnej autopsji. Każdy z nas posiada swój osobisty bagaż przepracowanych mniej lub bardziej doświadczeń, na których bazować będą wywołane podczas seansu emocje. Reżyserka filmu kładzie przed nami lustro, świetnie wykorzystując ten fakt. Dodatkowo efekt ten nasila łamanie czwartej ściany zarówno w scenach spotkań z Lloydem, kiedy to rolę dziennikarza i respondenta ulegają zamianie, jak i sekwencjach programu telewizyjnego pan Rogers spogląda nam prosto w oczy i my również jesteśmy adresatami jego słów. Nie da się ukryć, że ma to terapeutyczne działanie, gdyż w trakcie oglądania w mojej głowie wielokrotnie majaczyły przeróżne przypominajki. To prawdziwy atak na nasze zmysły, lecz z drugiej strony jest to dzieło idealnie skrojone i wyważone, dające potrzebną przerwę na wzięcie oddechu, pozwalające cieszyć się ciszą i na nowo uczące skupienia. W tym momencie grzechem byłoby nie wspomnieć o zasługach Toma Hanksa, który nie tylko świetnie wcielił się postać "Ostatniego Mohikanina bezinteresowności", ale i pomógł urzeczywistnić tę niewiarygodnie dobrą i stonowaną postać na ekranie, wykorzystując jego manieryzmy i specyfikę tonu głosu. Wykreował obraz człowieka z krwi i kości bez niepotrzebnych egzaltacji, w sposób autentyczny, nienachalny i niewiarygodnie lekki. Chapeau bas!

O tym filmie można dyskutować na wielu płaszczyznach. Opowieść ta topi nawet najbardziej zmrożone w człowieku złoża wrażliwości i bez wątpienia jest symbolem triumfu dobra nad cynizmem i beznadzieją. Otwiera oczy na szerokie spektrum rodzinnego konfliktu i związanego z nim pojęcia przebaczenia, które nie jest tu źródłem wstydu i okazania słabości, a wiąże się z ulgą i ujściem dla zblokowanych od lat emocji. Jak mówi pan Rogers: "Najtrudniej przebaczyć tym, których kochamy", lecz kiedy to już nastąpi, przyjdzie czas na zbudowanie nowych relacji i być może wkroczenie w nowy rozdział swojego życia. To również historia, nie do końca świadomie, bardzo chrześcijańska, przepełniona duchem pana Rogersa i charakterystyczną dla niego prostotą i szczerością. Jawi się on przed nami niczym "święty za życia", jednak zastanawiające jest to, dlaczego właściwie tak bardzo rozemocjonowuje nas jego postawa. Przypisując mu pewne magiczne cechy, traktujemy go niczym relikt i zapominamy, że to co nim kieruje to najbardziej przyziemne, a nie abstrakcyjne: empatia i miłość do drugiego człowieka. Wokół nas, w dobie niemoralności, chamstwa i cynizmu, wciąż jest miejsce na uprzejmość i łagodność. I o te truizmy tu się rozchodzi. Cóż za piękny dzień, aby napisać te słowa!

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 1
i_darek1x 4

Może w rzeczywistości było to bardziej interesujące ? Bo film mnie jakoś szczególnie nie zainteresował ? Trochę przynudza i kiczowata ta sceneria ;)

Proszę czekać…