Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Nikt tak pięknie nie mówi, że się boi miłości współcześnie, jak Xavier Dolan. Z fantazją, autorsko, ale skromnie, jak na niego tworzy pulsujące i wrażliwe kino. Zagubiona autostrada uczuć. 9

Kino oddane opowiadaniu o uczuciach, będące ich patronatem od zawsze, robiące to z ogromnym uczuciem, wrażliwością tworzącą wielką więź między widzem, a bohaterami i pewną emocjonalną spontanicznością. Więcej, niż 120 uderzeń serca prowokuje Matthias & Maxime. Złoty chłopiec, jak nazywa się Xaviera Dolana (słusznie) znowu uderzył. Uderzył w splot słoneczny historią miłosną, która mogła popaść w ckliwe i banalne tony. Reżyser gibko wyminął wszystkie pułapki melodramatyzmu, udowadniając, że każdy ruch jego kamery to odruch serca. Reżysersko dojrzewa na naszych oczach, jednak w środku zostawia dalej spragnionego miłości i historii o niej niewinnego i naiwnego chłopaka. Na zawsze Dolan!

Maxime niedługo opuszcza swoje rodzinne miasto, by spróbować nowego, ale nie wie czy lepszego życia. Tutaj jednak tkwi w toksycznej relacji z matką, gdzie role zostały odwrócone i to syn musi się nią opiekować, zajmują go prace dorywcze, nie ma wielkich marzeń. To lekko zdezorientowany, nieskomplikowany chłopak, który lubi pobawić się z grupą swoich przyjaciół, w tym z tytułowym Matthiasem. Nie ma w tym środowisku żadnej maniery, wyższości jednych nad drugimi. Wśród nich znajduje się młoda i ambitna koleżanka, która robi film krótkometrażowy na swoje zajęcia w szkole filmowej. W porównaniu z bystrymi, ale „nieprzebranymi” kolegami zachowuje się, jak gdyby napisała scenariusz swojej własnej postaci w życiu. Jest przerysowana, zmanierowana i bliżej jej do karykatury artystki, niż artystki. I właśnie ta koleżanka potrzebuje do swojego filmu dwóch kumpli, którzy zagrają scenę pocałunku. W wyniku zakładu zadanie będą musieli wykonać Maxime z Matthiasem. Oczywiście dowcipom z nich nie ma końca wśród paczki. Scena wypada błyskawicznie. Nie jesteśmy jej świadkami bezpośrednio, ale będziemy wszystkiego, co kamera wywoła i wyciągnie z bohaterów.

Xavier Dolan zachowując swoją autorskość, konsekwencję twórczą i częstując nas parafkami estetycznej budowy obrazu, jednak skręca w skromniejszą i subtelniejszą narrację. W ogóle nie zmniejsza to decybeli emocjonalnej przeprawy i poligonu jaki zaserwuje nam i swoim bohaterom. Przyklejeni do tej historii obejrzymy pozornie prosty utwór o nieprostym uczuciu, która doskonale się rozgałęzia. Film nie będzie nam serwował żadnych oczywistych podchodów, a raczej w oddali przyglądał się ewolucji dwójki głównych bohaterów. Bomba tyka przez cały film, ale nie wiadomo, który kabelek zostanie odcięty. Dolan bardzo inteligentnie to rozgrywa, a jednocześnie zachowuje w tym młodzieńczą lekkość narracji, która nie sprawia, że utwór jest konwencjonalny, czy trywialny. Dzięki tej gorączkowości opowiadania powstaje niewymuszony, trochę partyzancki, a jednocześnie delikatny utwór o strachu przed uczuciem. Umyślnie nie dopięty na ostatni guzik. Specjalnie z rozczochraną głową.

Autor znowu zwraca się w stronę nowej fali, gdyż w tym żywiołowym, ale bardziej w środku bohaterów, niż na zewnątrz filmie, mamy niekonsekwencje psychologiczną i właśnie wspomniane czułe skupienie się i mierzeniu pulsu u bohaterów. To piękna i chwilami mocno ekspresyjna, romantyczna rebelia. Jednak nie tylko. Scena filmu w filmie, która rozbudza coś uśpionego albo uświadamia wcześniej niezauważone jest niemalże, jak w Powiększeniu Antonioniego dowodem na siłę sztuki, ujęcia, chwili filmowej i jej nierozdzielności z bytem ludzkim.

W filmie też nie uświadczymy dzikiego poszukiwania zrozumienia swojej orientacji, a raczej wewnętrzne huragany rozgrywające się z myślą o konkretnej, jednej osobie. Ten stan burzy i naporu, nagły demontaż swojego wyobraźnia o sobie to również temat obsesyjnie i pięknie powtarzający się w twórczości Xaviera Dolana.

Jednocześnie reżyser w Matthias & Maxime, jak nigdy wcześniej dociera do momentu, wręcz autokrytycznego. Prześmiewcze sceny rozpraw intelektualnych o kinie, dysputy filozoficzne. Nie przesiaduje z bohaterami, którzy uczyli się trzymać papierosy, jak aktorzy ze starych filmów, a przysiada na wersalkach w zadymionych pomieszczeniach młodych chłopaków, którzy kpią sobie z dyplomów. W ich zdaniach nie ma „to metafora”, klasycznego już słowa: „special”. W pewien autor sposób odsuwa się od bohaterów, o których wcześniej rozprawiał. Nie poddając pod wątpliwość wyjątkowości i szczerości wcześniejszych filmów, a raczej pokazując swoją umiejętność adaptacji i braku środowiskowego uwiązania. W tym pokrzywionym, pełnym puszek po browarach, a nie win z dobrego rocznika świecie reżyser opowiada przepiękną historię miłosną. Tutaj też warto dać znak zapytania na końcu, bo równie dobrze może to być impuls, dzikość serc… nie wiemy co czują oni, ani my sami. Wiemy, że dużo i mocno. Film kumuluje emocje wybornie.

Chwilami gwałtowny, ale o wiele bardziej dyskrecjonalny, pełen duszonych namiętności sprawia, że dławimy się emocjami czekając na swoisty wyrok. Żyjemy wyobrażeniem, jak i bohaterowie, nie wiedząc ile z nich zamieni się w czyny. Film nie ma nuty fałszu, za to wiele niewykoncypowanej urody. Dolan potrafi bezszelestnie zakraść się pod skórę i powieki. Szare miraże, zagubiona autostrada uczuć. Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości współcześnie, jak Xavier Dolan.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…