Dwoje ambitnych muzyków, Lars i Sigrit, dostaje niepowtarzalną szansę reprezentowania swojego kraju w największym na świecie konkursie piosenki. Teraz wreszcie mogą udowodnić, że marzenia są po to, by je spełniać.
Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Tendencyjna przygoda, fałszowanie od początku do końca z kilkoma błyskotliwymi żartami. 3

Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga chce być prześmiewczą, uniwersalną bajką o tym, co w życiu najważniejsze w akompaniamencie muzyki, jednak wybiera najbardziej zachowawcze rozwiązania. Nieskutecznie miesza nastroje, opowiadające truizmy, a kilka celnych żartów ze stereotypów dotyczących narodowości nie zrobi z tego ani przez chwilę czegoś wiarygodnego. Ta umowność świata zabrnęła za daleko i została już przy słowie kicz. Niestety zbyt ckliwe i oczywiste na zagrabną parodię, a z drugiej strony wtórne opowiadanie, by nas emocjonalnie zaangażować w tę podróż muzyczną i osobistą.

Towarzyszymy dwojgu młodych ludzi, którzy obsesyjnie marzą, by trafić na Eurowizję i stworzyli zespół Fire Saga. Mieszkają w Islandii, co mocno determinuje ich codzienność, szczególnie Larsa. Wieczny deficyt uwagi i podziwu ojca, jego ekscentryczne stroje i skupienie się na tworzeniu muzyki oraz większe marzenia, niż spędzanie całych dni na łodzi w pracy. Natomiast Sigrit jest bardzo czułą i wrażliwość oraz uzdolnioną dziewczyną, która również ma wielkie plany co do świata muzyki, więc regularnie odwiedza elfy z prośbą, wierząc, że istnieją. Duet muzyczny jednak tak dobrze rozumiejący się i długo znający osobiście nie wypada najlepiej w krajowych eliminacjach, jednak nieszczęśliwy przypadek, da im szansę do udowodnienia całemu świata, jak są wyjątkowi. W osobliwym sposób wykorzystają tę szansę, udowadniając co tak naprawdę jest najważniejsze

Eurovision Song Contest to koncert niezgrabnych zagrań. Film nie wie kompletnie, w którą stronę pragnie podążyć. Nie sprawdza się jako komediowy, z dystansem zrobiony projekt pokazujący ważność Eurowizji ani też historia o zawziętości w walczeniu o siebie w trudnym świecie show-biznesu i wybór drugiej osoby ponad karierę. Naiwność przekracza granicę konwencji i ten brak jakiegokolwiek realizmu przestaje być do zniesienia. Nie ma balansu między prostolinijną komedią, a filmem o uczuciach.

W filmie rządzi chaos i chwilami pewne już nieporozumienie. Eurowizja często jest konkursem uważanym za miejsce, gdzie przedstawienie i cały anturaż ma ważniejsze znaczenie od talentu wykonawców i można by chwilę próbować podążyć tym tropem, jednak to też zaprowadzi nas w jakąś ślepą uliczkę. Nie kombinujmy, to film, który zbudował swoją tezę o ważności muzyki oraz konsekwencji działania, pokazując dosyć skrótowo i naprawdę bez krzty wiarygodności drogą dwójki pogubionych ludzi, którzy ewoluują w tym filmie bardzo nijak i wielkie tony dystansu wobec tego, nie uratują owego projektu filmowego. To mógł być ciekawy koncept nawet z tą pretekstową fabułą, gdyby nie był tak nierówny, tak niespójny, absurdalny i po prostu nie serwował tak niewymagającego humor - nie prostodusznego tylko chwilami bardzo prostackiego, który nas do niczego nie prowadzi. Prócz irytacji. Spełnianie tutaj ambicji muzycznych jest takie, jak widza filmowych - wszystko spłaszczone. Wydajnymi momentami są po prostu prezentacje występów, gdzie zręcznie to wykonali i naprawdę mamy do czynienia z tym charakterystycznym konkursem.

Prócz niecodziennej obsady z takimi smaczkami dla fanów Eurowizji, jak prawdziwe gwiazdy z niej, dziennikarz Graham Norton, czy Pierce Brosnan, którego przystojność nieustannie się podkreśla, mamy znanego z dosyć jednoznacznych humorystycznie komedii Willa Ferrella, którego obecność w scenariuszu odczuwamy, a na ekranie widać, że to kolejna taka sama postać komediowa w jego dorobku. Rachel McAdams po prostu tutaj jest, wygląda, czarująco i naprawdę można uwierzyć, że to postać z innego świata.

Eurovision Song Contest to koncert nieporozumień i niestabilności. Nie ma siły na prowokacje ani warte zapamiętania zaczepki. Brak też wigoru czy pulsu na nawet obwąchaną i znaną kinu historię o uczuciach i muzyce. To dziwny i nieudany miks oraz fałsz od początku do końca.

1 z 3 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 1
i_darek1x 3

To taki konkurs Eurovision w krzywym zwierciadle albo i nie ? Jak na komedię mało śmieszny ! Jakieś to wszystko sztuczne … Chyba ekipa się nie napracowała za bardzo ?

Więcej informacji

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dzwiękowa

Fabuła

Multimedia

Pozostałe

Proszę czekać…