Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Przypowieść - w codzienności wypatrzone bóle. Hipnotyzujący i wyjątkowy kolaż prozaicznych sytuacji pełnych bólu i cierpienia, ale i nieprostej nadziei. 9

W codzienności wypatrzone bóle. Roy Andersson z konsekwencją twórczą tworzy egzystencjalną przypowieść, bez melodramatycznej narracji o smutku w zwolnionym tempie, ale szalenie hipnotyzującym i pozornie opustoszałym z dynamiki, jednocześnie przepełnionym treścią. Refleksja nad człowieczeństwem i emocjami, często szkodliwe na skalę globalną kamuflowanymi.

Spotykamy się z jedynym bohaterem, który przemówi do nas bezpośrednio. Któregoś dnia nie przywitał się ze swoim starym kolegą, nie zwrócił uwagi. Od tamtego czasu mimo prób nadrobienia tej ignorancji, tamten konsekwentnie mija go bez słowa. To klamra, która otwiera traktat o obojętności. Głos zza kadru opowiada nam subtelnie, w skromnej ilości słów o sytuacjach, które postać widziała. Nie wiemy, czy zareagowała na nie, czy po prostu tylko obserwowała. Mamy księdza, który zwątpił w swoją wiarę, mężczyznę, parę, które wierzy w energię, która ich przeżyje, mężczyznę, który w zatłoczonym autobusie desperacko na głos wyraża swoje zwątpienie w życie, dentystę, który przerywa zabieg i wychodzi napić się do pobliskiego baru. To tylko kilka postaci z kolekcji, gdzie dosyć gęsta atmosfera, ciężar zebrany w niepozornych miejscach, jest poprzecinany czasami osobliwym poczuciem humoru. To jest kolaż ludzkiego marazmu i społecznej surowicy.

O nieskończoności bucha od precyzyjnego wglądu w zbiorową znieczulicę i ludzką kondycję. Dlatego tytuł przestaje bardzo szybko wybrzmiewać jako nacechowane pozytywnie, naturalne ludzkie pożądanie życia wiecznego, a zamienia się w komunikat tego nieprzerwanego łańcuchu bierności. W jednej scenie ktoś staje się tego przedstawicielem, w drugiej jest ofiarą. Chcemy, a nie umiemy wystawiać swoje bebechy uczuciowe, ale cudze odrzucamy. Prędzej, czy później to odwraca się przeciwko nam.

Film doskonale pokazuje w zamkniętych kadrach, sterylnie ustawionych sekwencjach, niczym teatralnych, wręcz namalowanych na płótnie wszystkimi odcieniami szarości ten ludzki automatyzm i brak uważności oraz spojrzenia na drugiego człowieka. Wywołuje to przerażenie i wielkie wrażenie wnikliwości obserwacji. W tych obrazach zaklęta jest ludzka bezradność wobec własnego i cudzego cierpienia oraz segregowanie emocji i wartościowanie. Roy Andersson po raz kolejny poddaje pod wątpliwość pojęcie zbiorowego doświadczenia i mitu o grupie społecznej, której zaczyna coś łączyć więcej prócz jednego miejsca, nie dzielimy się niczym prócz wspólną przestrzenią. Mocno wybrzmiewa tutaj konsekwencja sprywatyzowania smutku. Nie jest mile widziany, mimo że nie jest obcy, ale przyjmujemy absurdalną zasadę zbiorowego milczenia, gdyż to prowadzi dyskomfortu innych, zwraca uwagę, wymaga atencji i wyjścia ze swojej strefy wygody, co kompletnie nie jest nam po drodze.

O nieskończoności pięknie i bardzo melancholijnie udowadnia, że mniej znaczy więcej. Myśli i prowokuje nas do tej samej aktywności w każdym momencie filmu. Skromny geniusz oswaja nas z bólem i cierpieniem, które może być zakamuflowane w prozaicznych okolicznościach, zapraszając nas do dialogu i remedium na społeczne odwracanie głowy. Poprzez szczerość udowadnia jej skuteczność i krzepi nieprostą nadzieję wśród tej bardzo dudniącej w głowie od myśli ciszy podczas seansu pełnego wyjątkowej zadumy.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 0
Skomentuj jako pierwszy.
Więcej informacji

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dzwiękowa

Fabuła

Multimedia

Pozostałe

Proszę czekać…