Katie Mitchell, utalentowana nastolatka, dostaje się do wymarzonej szkoły filmowej i wprost nie może się doczekać, aż wyfrunie z rodzinnego gniazda i zacznie swą wielką przygodę. Jej ojciec, Rick, postanawia odwieźć córkę na uczelnię; co więcej, uznaje, że wspólna rodzinna podróż będzie wspaniałą okazją do celebracji rodzinnych więzów. Być może ostatni raz w takiej formie. Do Katie i Ricka dołącza więc optymistycznie nastawiona do świata Linda (mama Katie i żona Ricka), Aaron, brat Katie, oraz ich wspólny pies. Ale plan Mitchellów gwałtownie się zmienia, kiedy w świecie technologii dochodzi do rewolucji. Smartfony to już przeszłość, choć niełatwo się od niej uwolnić, teraz czas na spersonalizowane roboty, które właśnie opanowały świat. Z pomocą dwóch nieco uszkodzonych robotów, Mitchellowie staną przed wielkim wyzwaniem – będą zmuszeni zostawić za sobą osobiste problemy, aby ocalić siebie i świat.
Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Z rodziną nie trzeba najlepiej wychodzić na zdjęciach, nawet w czasach buntu maszyn. Chuligańskie kino familijne i animowane niełapiące zadyszki, a błyskotliwą zabawą rozpieszczające. 8

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach? Nie, z rodziną można wychodzić źle na zdjęciach, a jeżeli jest to przy okazji apokalipsy, to tym trudniej dążyć do jakiegoś wyobrażenia mistycznej „normalnej” rodziny, a finalnie to... po co? Mitchellowie kontra maszyny, to kino familijne w animowanej formie po wielu środkach pobudzających, niemarnujące ani jednej minuty i z dystansem oraz ogromną wyobraźnią podchodzący do wątku buntu maszyn, czegoś co może mieć większy wymiar upomnienia człowieka o jego zanikaniu kontaktu z drugą istotą żywą. Film może nie potrafi tak doskonale połączyć kondycji formalnej z filozoficznym wymiarem jak Pixar i Disney, ale naprawdę jest do czerwoności rozpędzoną maszyną pełną atrakcji, ale niezapominającą o pokazaniu wartości oryginalności i sugestii o balansie w korzystaniu technologii, a nie staniu się jej zakładnikiem. Cały czas coś się dzieje, ale cały czas po coś.

Mitchellowie kontra maszyny (2020/IV) -

Mitchellowie to rodzina ekscentryczna, którą zauważymy z kosmosu. Ojciec obdarowuje wszystkich dziwnymi prezentami, mama robi przerażające babeczki z wizerunkami dzieci. Ich córka jest obsesyjnie zakochana w kinie i woli świat wyobraźni od tego zwyczajnego, więc od najmłodszych lat realizuje wraz we współpracy z aktorami, którymi jest ich wyjątkowy, dla wielu „chyba” pies i jej mający obsesję na punkcie dinozaurów brat. W pewnym momencie chce ona zdawać do szkoły filmowej i wie, że tam odnajdzie ludzi, z którymi w końcu będzie dzieliła swoje pasje i nie musiała przybierać żadnego kamuflażu, żeby środowisko ją zaakceptowało. Jej popularność na youtube w pewnym momencie bardziej Ją interesują od rodziny i odlicza dni do wyjazdu do nowej szkoły. Jej ojciec jest bardzo zachowawczy i z powodu własnych obaw, nie potrafi jej wesprzeć bez zawahania. Jej wyjazd będzie wielką zmianą dla całej, spójnej połączonej tyle lat w ogromnym uścisku, zawsze w komplecie rodziny i im większy entuzjazm, tym większe zmartwienie jej ojca, z którym zaczęli z czasem tracić wyjątkowy kontakt. Na szczęście, mówiąc sarkastycznie na ich drodze stanie po prostu pewien problem i to większy, niż korek miejski, a koniec ludzkiej cywilizacji, nadejście świat zrobotyzowanego. Wtedy się dowiemy, czy rodzina Mitchellów będzie adekwatny do swojej oryginalności test i sposób na sprawdzenie, czy potrafią jeszcze razem spędzać wolny czas.

Tak, spędzanie wolnego czasów u Mitchellów to będzie walka z zagładą ludzkości, bo taki też zadziorny, a i błyskotliwy jest ten film. Od początku ogromne poczucie humoru, sarkazm i żonglowanie kliszami kina apokaliptycznego wciąga i wywołuje taki mix emocji, jak mix gatunkowo-formalny, który Mitchellowie kontra maszyny proponują widzowi. Te ogromne nasycenie i świetne miotanie nawiązania do popkultury, gdzie mamy nawiązania od Ja. Robot, komiksowe zabawy, Gremliny rozrabiają po Kill Bill z Her i ukłonem dla filmów karate z Brucem Lee, ale też naprawdę kino relacji. Człowieka z człowiekiem, znaczenia rodziny, takiego prostego krzepienia, ale nietaniego sentymentalizmu. Doskonale też pracując nad zbudowaniem autonomicznej wartości każdej postaci, show jest pracą grupową.

Ten film przy okazji nie jest zero-jedynkową krytyką futuryzmu, a inteligentnym spojrzeniem, nierewolucyjnym oczywiście, ale na degrengoladę relacji społecznych, gdzie patrzymy częściej w ekran, niż twarz drugiej istoty, dotykamy ekran, a rzadziej cudzą dłoni. Proponuje też wyważenie tego ciężaru, żeby nie odcinać, tak jak i w Captain Fantastic nie popadać z ekstremum w ekstremum. Z jednej strony ojciec zacznie rozumieć, że do nagrywania wspomnień, które uruchamiają w nim emocje i zatrzymują ważne chwile jest nie tylko pamięć, a skuteczniejszy jest przecież sprzęt elektroniczny, a nauczenie się korzystania z Internetu (doskonała sekwencja pełna obłędu, jak z makabrycznego horroru) da mu szansę, by dzielić pasje razem ze swoją córką do kina. Pójść na kompromis w tym przypadku nie oznacza, odrzucić swoje łaknienia i osobowość, a zrozumieć się nawzajem i wiedzieć, że Into the Wild nie skończyło się happy endem.

Mitchellowie kontra maszyny, to bardzo niemechanicznie poruszający się film, a energetyczny, pełen spontaniczności, multikolorowy, ale też multipomysłowy. Ilość bodźców może chwilami męczyć, ale jest razem z nimi idea, a nie próba zagłuszenia pustostanu refleksji i komunikatów do widza innych, niż przekupienie efekciarstwem. Zagłada ludzkości zacznie się tylko i wyłącznie przez ludzkość. Przedefiniowanie negatywnego znaczenia „dziwni”. To nie rodzina Mitchellów jest taka, a nasza cywilizacja, bo w zachwycie samymi sobą, sama siebie wybija. Oni mają dynamit wypełniony miłością.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 0
Skomentuj jako pierwszy.
Więcej informacji

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dzwiękowa

Pozostałe

Proszę czekać…