Fran Lebowitz wie, co jej się podoba, a co nie — i nie potrzebuje zaproszenia, żeby podzielić się swoim zdaniem. Ta krytyczka i eseistka otwarcie wyraża swoje opinie już od kilkudziesięciu lat. Czasem trochę przy tym zrzędzi, ale i tak zawsze brzmi przezabawnie i arcyciekawie. Przesiąknięta Nowym Jorkiem Lebowitz uczyniła z prostego dzielenia się opiniami formę sztuki — jej obserwacje na temat ukochanego miasta i jego mieszkańców to esencja genialnej trafności i złośliwości. Lebowitz ujęła swoje przemyślenia w szalenie zabawnym przewodniku „Udawaj, że to miasto”, o którym w pewnym momencie życia na pewno marzył każdy nowojorczyk. W typowo wielkomiejskim stylu opowiada w nim o różnych tematach, jak turyści, pieniądze, metro, sztuka czy zaskakująco trudna sztuka poruszania się po Times Square (jest tylko jeden właściwy sposób). Lebowitz nawiązuje też do własnej przeszłości i życia, w którym na pierwsze miejsce wysuwają się ciągła ciekawość świata i wielka niezależność. Miniserial Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto wyreżyserował wieloletni przyjaciel głównej bohaterki, Martin Scorsese, który dorzucił od siebie mnóstwo dowcipnych komentarzy i uwag o swoim ukochanym Nowym Jorku. Widzowie mogą więc liczyć na podwójną dawkę nowojorskiego humoru, który najwięcej emocji wywoła u innych wielbicieli tego kultowego miasta.
Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

"New York, I Love You But you're bringing me down". A myśl, słowem się stała i nasz intelekt oraz poczucie humoru porwała. Odtruwanie z mitu Ameryki i społeczeństwa. 8

Netflix dokumentem kolejny raz uderzył i to bardzo celnie oraz bez bólu, a dla cudownie satysfakcjonującego wieloboju intelektualnego i sycących wygibasów kulturowych od niejednej opowieści o Nowym Jorku do oprowadzającej nas po nim ekscentrycznie i antyturystycznie piszącej wiele, mówiącej nie mniej Fran Lebowitz. Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto to zgłębianie różnych zakamarków miasta, jak i umysłu szczerej, sarkastycznej, bardzo celnej i wątpiącej dla wyższej jakości rzeczywistości artystki. Rozmawia, a właściwie słucha w pełnym zachwycie, bez autoreklamy jej wieloletni przyjaciel sam Martin Scorsese. To nie kilka odcinków rozmów zmanierowanych artystów, a pełna krytyki i autokrytyki, świadoma symfonia (grozy) miasta, ale i o człowieczeństwie. Rześkie odtruwanie człowieka z lenistwa myślenia, presji społecznej i poddawaniu się zbiorowym emocjom. Niezakurzony i nieakademicki pean na cześć indywidualizmu.

Bez kwestionariusza, a w kilku aranżacjach poznajemy Nowy Jork bez american dream i nieznośnej emfazy od osoby zrośniętej z tym miejscem, ale niepatrzącej na nic bezrefleksyjnie uznanej pisarki, krytyczki, obserwatorki Fran Lebowitz. Najczęściej zasiadamy z nią przy zimnej kawie (od razu, chociaż przy jej ilości przemyśleń o rzeczywistości z pewnością każda wcześniej gorąca, by wystygła) z Martinem Scorsese, z którym są bliskimi przyjaciółmi, gdzie opowiada między innymi o swoim nastawieniu do Nowego Jorku. Bez ani grama lukru, zmyślenia, autokreacji, a konsekwencją, szczerością, wręcz chwilami dla wielu z pewnością szorstkością, ale bezwzględnością autorka rozprawia się z wieloma mitami i pokazuje swoją fascynację ludźmi… ale z bezpiecznej odległości. Nie ukrywa swoich wad, ale palcem wskazuje również patologie społeczeństwa i miejsca, w którym żyją. Nowy Jork jako kolejne miasto, które spełnia marzenia wybranej grupy społecznej, a nie wszystkich, którzy za nie płacą z podatków. Nowy Jork, do którego ciągnie ludzi, bo naoglądali się za dużo filmów. Mamy tutaj z jednej strony pokazane, jak odbiciem miasta są ludzie i odwrotnie oraz samą bohaterkę i jej stare, różne małżeństwo z Nowym Jorkiem.

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto to dokument, który przyznaje się do istnienia intelektualistów. Odważny coming out, bo tym słowem w pewnym momencie zaczęto budować barierę pomiędzy ludźmi. Ta luźna i krzepka forma zbioru spontanicznych esejów powstających podczas rozmów odzyskuje te słowo i przestaje nim dzielić - udowadnia, że nie jest po to by wartościować, deprecjonować jakąkolwiek grupę społeczną. Fran Lebowitz jest pełna różnych emocji, konsekwentna w swoich spostrzeżeniach i chce się ją łyżkami wcinać ze świadomością, że nie będą to same słodkości, a dużo goryczy, ale wszystko z farszem obserwacji. Te rozmowy to same odżywcze substancje, żadne puste kalorie. W swoich obserwacjach podąża za myślą Jamesa Baldwina, że patriotyzm i miłość do danego miejsca, to prawo do jego krytykowania - z kontestacji kiełkuje lepsza jakość, przypomnienie politykom o tym, że są naszymi pracodawcami i mają zaspokajać nas, a nie swoje ego.

Ten dokument doskonale udowadnia, jak dobrze użyty sarkazm, cynizm i dystans mogą być narzędziem, które wcale nas nie uśpi, nie stanie się prozaciem i nie uśmiechniemy się hedonistycznie do nadchodzącej apokalipsy. Na dodatek nadawcą takiej formy opowiadania błyskotliwego i zabawnego jest kobieta, co nie jest żadną nachalną rewoltą. To rejestracja feministycznej manifestacji, gdzie poczucie humoru nie może być zarezerwowane dla mężczyzn, a płeć żeńska tylko śmiechem reaguje. Ona go może generować - tak jak to robi Fran Lebowitz. Ważne jest też, że odbiorcą pierwszym jest, tak ważny dla amerykańskiej kultury Martin Scorsese. Jego twórczość mocno zrośnięta jest z miejscem, Nowym Jorkiem. Na dodatek w jego filmach o różnych nastrojach i gatunkowych pieczątkach, pokazuje często zepsucie, drzazgi USA, klasizm, wywróconą do góry moralność Ameryki i postępujący kryzys oraz interesowność jako chorobę tocząca ten kraj. Dlatego też nie tylko iskrzy w komunikacji i jest tak intensywnie poprzez wzajemne zaufanie rozmówców do siebie w tym dokumencie, a z powodu tego, że obydwoje pogłębiają na różne sposoby i różnym medium wizerunek Nowego Jorku i społeczeństwa amerykańskiego. Tutaj nie chodzi o przepychanki, popisywanki, to świetne słuchanie i obserwowanie naturalnego strumieniu myśli, które spija się z ogromną przyjemnością i nie zakochując się bezwarunkowo, planując wytatuować jej każdą złotą myśl, bo tak to nie wygląda.

To nie jest dla wielbicieli wyłącznie Nowego Jorku, a pobudzające szczypnięcie, by rozglądać się częściej wokół siebie, nie mieszkać w ekranie. Nie trzeba odrobić też lekcji bądź wyznawać artystkę, by wiele w tym odnaleźć. Osobliwy przewodnik, tak naprawdę po nie tylko jednym mieście. Dużo intelektu, Ms prześmiewczość, ogromne zasoby energii, którymi się z nami dzieli. To nie jest tylko długi wywiad-rzeka, to porywisty potok, ale nie efekciarski, pełen prostych atrakcji Aquapark.

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto. A myśl, słowem się stała i nas porwała. Idealnie pasuje w tym momencie dziarsko zanucić piosenkę LCD Soundsystem: New York, I Love You But you're bringing me down(…)You are filthy but fine.

1 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 0
Skomentuj jako pierwszy.
Więcej informacji

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dzwiękowa

Fabuła

Multimedia

Pozostałe

Proszę czekać…