Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Nie gap się w mój talerz 0

Rodzinne posiłki dla większości to rytuał gdzie sztućce służą tylko do krojenia posiłków. Wszystkim wystarcza miejsca przy stole, potrawy nie parzą, ale też jeszcze nie wystygły, a ryby ością w gardle nie stają. Warszawski Festiwal Filmowy w tym roku z największą częstotliwością pokazuje jak kino podejmuje (czasami rękawice bokserskie czasami ochronne, bo jest gorąco) się konfrontacji o rodzinnych konfrontacjach… których nazwanie spotkaniem byłoby eufemizmem. Rodzina to podstawowa grupa społeczna, tworząca system na którym opiera się społeczeństwo. W Nie gap się mój talerz ewidentnie teorie zamienia się na praktykę i kilkoma ruchami obala mit rodziny jako porządkującej wartości. Pokazuje również, że tak jak jedynie ludzie mają moc tworzenia rodziny, tak tylko oni też jej zepsucia.

Czujemy od początku, że Marijana jest uwikłana w rodzinę, a nie że udoskonala ich obecnością swoje życie.Właśnie, à propos słowa swoje – ma tego deficyt w młodym życiu. Zarabia na rodzinę, jej brat z powodów dokładnie niewyjaśnionych, nie podejmuje się żadnej pracy, a matka uważa że pomoc dzieci jej się teraz należy – za sprowadzenie ich na ten świat. Pojawia się kolejne zdarzenie – wylew ojca. Może i egoizmem jest tak mówić, ale Marijana przeżywa tragedię porównywalną do tej ojcowskiej – przez rodzinę jest sparaliżowana.

Reżyser w narracji – beznadzieja dnia codziennego – nie gimnastykując się, a przyglądając codziennym rytuałom jest oczywiście po stronie naszej bohaterki. Najciekawsze jest, że marazm zachodzi boleśnie za zęby, ale nie upatrzymy tutaj rozchełstanej patologii czy obrazów z 997. Mało tego, pępowina która ewidentnie chce zostać odcięta, a jednak zmarszczona i poczerniała tkwi nienaruszona, bo Marijana jest zaszantażowana pojęciem odpowiedzialności i społecznymi standardami – te nie są nigdy tworzone w oparciu o potrzeby jednostki. Społeczność uważa za naturalne trwanie przy schorowanym ojcu i pomoc rodzinie, nawet wtedy gdy ta jest w stanie ci się „odwdzięczyć” poczuciem wspólnoty i kochać tak, że aż zaboli.

Reżyser sugeruje, że hipnoza hiperpozytywnym tratowaniem pojęcia „więź” jest szkodliwa. On też nie wyzywa zza ekranu swoją narracją konkretnych postaci, tylko pokazuje jak wszyscy gapią się w nieswoje talerze, myśląc że ich własne ktoś zapełni za nich, a nasza bohaterka nie może przesiąść się do innego stołu. Rodzina stała się przeszkodą, a nie podporą. Wszystkie te miniaturowe zbrodnie rodzinne o dużych konsekwencjach są opowiadane chłodnymi barwami, wręcz dekoloryzacją. Film ma bardzo chropowatą nawierzchnię. Niby nie jest to rozgrzany węgiel, bo wszystko jest opowiedziane rozsądnie, jednak nie tylko stopy parzą, a całe ciało od nieszczęścia głównej bohaterki. Zostajesz głową rodziny, a jesteś traktowany jak odbyt – o tym jest ten mądry i skromnie opowiedziany dramat.

„Nie gap się na mój talerz” zmusza nas do gapienia się na prawdziwe nieszczęście i sytuacje bez wyjścia, a sam twórca nie znajduje na to panaceum. To też poważne pytanie, dlaczego funkcjonujemy w świecie, gdzie nie wybieramy czy kogoś skrzywdzimy, tylko kogo.

Ocena: 7,5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…