RECENZJA: Szkoła uwodzenia Czesława M.

Raz do roku na polskim rynku kinematograficznym ukazuje się produkcja, przez którą widz zatraca wiarę w faktyczny rozwój rodzimego rynku satyry i uśmiechu. W 2016 ten niechlubny przywilej przyznany został Szkole uwodzenia Czesława M. To nie jest film spod znaku wulgarnej Kac Wawy czy równie mało wysublimowanego Ciacha, jednak poszukiwania dowcipu w komedii Aleksandra Dembskiego można porównać do przysłowiowego szukania igły w stogu siana.

Z jednej strony twórcy próbują nadać filmowi groteskową wizję rozwoju kariery tytułowego Czesława M., czyli Mozila, po prostu. Z innej perspektywy nieudolna komedia ma za zadanie stanowić swoisty odzew na lawinę produkcji romantycznych, które w iście katastrofalny sposób zalewały polskie kina przez ostatni rok. Konwencja mockumentu nie sprawdza się ani przez moment. Summa sumarum widowisko równa się nieudolnej komedii bez gagów, historii, postaci, czy, o zgrozo, humoru.

Aleksander Dembski rozkochał się w konwencji paradokumentalnej satyry, a swoje umiejętności pokazał już dwukrotnie – w krótkometrażowej Basi z Podlasia i średniometrażowym Kocham Cię, jak Irlandię. Niestety, co dobrze wygląda na małym ekranie nie zawsze sprawdza się na dużym, a Szkoła uwodzenia Czesława M. stanowi tego najlepszy przykład. Paradokumentalne wstawki, w których – niczym w banalnych programach telewizyjnych pokroju Szkoły i Dlaczego ja – wypowiadają się osoby w pewien sposób związane z przedmiotem produkcji (m.in. Gaba Kulka, Reneta Przemyk, Nergal, Cezik i totalnie sztuczna blogerka, Banshee), demaskując scenopisarską niemoc twórców. Niefikcjonalne sekwencje stanowią nić, wiążącą kolejne sceny linearnym ciągiem zdarzeń, skupiając się na postaci Czesława Mozila. To jedyna narracja w filmie – kulawa, nieśmieszna i męcząca. Dodatkowo konwencja dokumentu w żaden sposób nie współgra z fikcjonalną fabułą produkcji, a widz do końca nie zostaje poinformowany, w jakim celu pojawiają się gadające głowy artystów, głoszące alternatywne dzieje Czesława Mozila.

Szkoła uwodzenia Czesława M. to film narcystyczny, który pod warstwą groteski i nieudolnej autoparodii ma za zadanie wybielić postać tytułowego muzyka. Klasyczny schemat odysei rockmana ku stabilizacji i wyzwolenia z nałogu nie sprawdza się, podobnie jak sam wizerunek Mozila, wykreowany specjalnie na potrzeby produkcji. Już na samym wstępie twórcy raczą odbiorcę autentycznymi filmikami z otchłani YouTuba, na których pijany trubadur demoluje kwaterę Łukasza Jakóbiaka i wulgarnie wyrzuca z koncertu jednego z widzów. Późniejszy wizerunek Mozila jako kobieciarza-uwodziciela z depresyjnymi problemami bardziej ośmiesza muzyka, niż buduje przyjazny portret człowieka zagubionego. Jego droga ku zmianie jest pozorna, wyperswadowana w paradokumentalnych komentarzach, a nie opowiedziana za pomocą obrazu i fabuły.

Tytułowa szkoła uwodzenia pełni pozorny motyw spajający – w istocie nauki udzielane przez Adama (Jakub Kamieński) i Zygmunta (Sławomir Pacek) są nijakie, a cały proces kształcenia przerysowanie fajtłapowatych mężczyzn zostaje zwyczajnie pominięty. Reżyser, aby nie zostać oskarżonym o mizoginizm, asekuracyjnie nakreśla damski odzew na powstałą „akademię” oraz wygłoszone wcześniej szowinistyczne kwestie, w wyniku czego to płeć brzydka wychodzi na stado oferm i infantylnych postaci zależnych od kobiet – z Czesławem Mozilem na czele.

Najnowsza produkcja Aleksandra Dembskiego nie jest komedią o męskiej przyjaźni, ani szczególną satyrą na romantyczne kino kiczu i przesady – to bardziej film o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie. I słusznie – Mozil, śledząc niską frekwencję w polskich kinach i fatalne recenzje ze strony krytyków powinien stwierdzić, że jego miejsce definitywnie znajduje się w studiu nagrań. Reżyser z kolei z pokorą powinien usiąść z powrotem do pisania scenariusza filmu krótkometrażowego. Szkoła uwodzenia Czesława M. nie jest tak zła, by zostać zapamiętana jako jeden z nowotworów polskiej kinematografii – równocześnie żaden z jej gagów nie zostanie zacytowany przy zabawnej okazji. To szczyt nijakości i zmarnowanego potencjału.

Jeśli jesteś fanem Mozila, bardziej owocnym wydatkiem niż bilet na seans Szkoły uwodzenia będzie kupno płyty śpiewającego Czesława. W samym filmie znalazło się kilka ciekawych autocytatów, a interpretacje piosenek Lubię mówić z tobą zespołu Akurat czy Babę zesłał Bóg Renaty Przemyk są naprawdę udane – niestety, to za mało, by wyciągnąć produkcję z konwencjonalnego chaosu i fabularnej nijakości. Śmiechu warte, że tak słabe widowisko współfinansowane zostało przez PISF.

Moja ocena: 3/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.