Recenzja: Był sobie pies

Był sobie film, który chyba chciał być edukacyjny, familijny, ale też nawiązać kontakt z widzem pełnoletnim. Temu filmowi nic z tego się nie udało, a mowa o Był sobie pies. Niestety nie działa, nie jest skuteczny w żadnej próbie uzasadnienia swojego istnienia – z perspektywy widza mało i dużo letniego. Tego małego trochę rozśmieszy i średnio czegoś nauczy, a dużego wzruszy, ale nie z powodu umiejętności budowania fabuły, a naturalnych ludzkich odruchów na pewne sytuacje. Jednak po tym filmie chce się zrobić dodać kategorie w Oscarach dla psów, bo te są tutaj najważniejsze i najlepsze.

Fabuła polega na tym, że zakładamy tezę – pies ma kilka żyć. Podążamy za jednym psiakiem w różnych wcieleniach. Śmierci i narodzin psich na ekranie w takim razie nie zabraknie. Raz ma za pana chłopca, z którym jest do ostatnich chwil i umiera z tęsknoty. Później liżące ekran stworzenie to policyjny pies tropiący, który nie może zrozumieć dlaczego nie śpi na łóżku, jak w poprzednim życiu. Kolejny raz wraca na świat w pudełku jako małe psie stworzonko, które jest całym światem dla jednej studentki. Ta mówi więcej do niego, niż do swoich rówieśników. Czytają sobie w myślach, dzielą się pizzą oraz lodami. Nawet w tym samym momencie się zakochują. Po raz kolejny tęsknota uśmierca zwierzę, to znamienne dla fabuły. Nasz pies tym razem znowu budzi się w pudełku, zabiera go do domu dziewczyna, która żyje w dosyć patologicznych warunkach i relacji, przez co nasz przyjaciel, kończy na łańcuchu. Pewnego dnia jej konkubent wywozi psa daleko od domu, ten jednak nie zamierza wracać. Silny węch i zmysł przywozi wspomnienia z pierwszego życia, a Bailey który miał wiele innych imion po drodze, będzie odpowiedzialny za piękną historię miłosną i potok łez na sali kinowej.

Koncept filmu zdaje się być niewyraźny i średnio sensowny. Oczywiście umniejsza śmierć, bo tej jest tutaj sporo, a adresatem je jednak widz młody. Siłą filmu dodającej jakichkolwiek rumieńców tej historii jest nieźle napisany dubbing dla Marcina Dorocińskiego jako psa. Nie zgrzytamy zębami z zażenowania, nie dostajemy koncertu pudłowania żartami jak w przypadku Jak zostać kotem, a ciepłą historię o tym, że to ludzie mogą się wiele od psów nauczyć i jak nie tylko one nas potrzebują, a my ich. Intencje całkowicie słuszne, obojętnym wobec pewnych scen nie można pozostać, jednak wykonanie mierne i infantylne w niedopuszczalnej dawce, by była przyswajalna i awansowała ten film do kategorii brania go na poważnie jako dzieło.

Był sobie pies zdecydowanie nie kandydował do Animal Studiues, ale do puli zgrabnych filmów stawiających zwierzę w centrum, kopiących w pupę antropocentryzm też trochę mu zabrakło.

Ocena: 3/10