Docs Against Gravity: Marina Abramović w Brazylii

Powiedzieć, że Marina Abramovic to ważna postać w świecie sztuki, to nie powiedzieć nic. Ta kobieta to ikona sztuki współczesnej. Dlatego oglądanie dokumentu o niej: Marina Abramovic – Artystka obecna, wpisywało się w kolejne wielkie doświadczenie, które przejrzało widza na wylot – tak jak to robi Marina w swojej działalności artystycznej. Niestety, Abramovic wraca w nowym filmie, ale nowym tylko w znaczeniu czasu. Nie ma w nim nic nowego, ani w zakresie sztuki dokumentalistyki, ani jej postaci i odkryć w materii artystycznej, żadnej większej filozofii. To turystka obserwująca duchowość, a nie jej szczerze poszukująca. Można czuć się nabranym, a nie w wielowymiarową podróż zabranym.

Marina Abramovic rusza do Brazylii w celu duchowych poszukiwań. Była już kiedyś w tym miejscu, gdyż chciała odnaleźć inspiracje, które zaowocowały stworzeniem butów z kryształów. Ostatecznie wyszła z tego piękna i metaforyczna wystawa. Jednak, kiedy na początku chciała poleżeć wśród kryształów przez kilka godzin, krzyczeli że jest szalona. Wróciła tu po wielu latach, szczerze przyznając się do bezradności po utracie drugiej miłości. Całe swoje życie poświęciła przekraczaniu granic bólu w imię sztuki zaangażowanej i nie miała z tym żadnego problemu. Jednak nie potrafi sobie poradzić z wewnętrznym bólem, jak sama bezpośrednio mówi do kamery.

Zaczyna z wysokiego, poetyckiego i emocjonalnie wiążącego, wysokiego "C", właśnie tym deprecjonując swoją siłę i nawiązując z widzem ten realny kontakt, do którego nas przyzwyczaiła. Zamiast artystki obecnej, czuje się nieobecna, nie czuje się pewna tego co robi i samej siebie. Chwilę potem, autorka pięknej, wewnętrznej wolty, bez korekty, zamienia się w przeciętną turystkę obserwującą duchowość w Brazylii. Wygląda to bardzo podstawowo, jak w co trzecim dokumencie, tylko z większą ilością pieniędzy na zdjęcia.

Marina zaczyna uczestniczyć w najróżniejszych rytuałach. Przygląda się lekarzom, którzy bez żadnych uprawnień dokonują operacji, nawet czasami zamykając oczy. Odwiedza kobiety, które jak gotują, czują że Bóg w nie wstępuje. Uczestnicy w wielu nabożeństwach, ale i w codziennym życiu ludzi, gdzie wszędzie jest coś więcej niż święta figurka – silna obecność wiary niewykonana z tworzywa sztucznego.

Niestety obecny humor, który wprowadza Marco Del Fiol, podążający za Mariną, powoduje jakiś rozdźwięk między obietnicą przeżycia transu i zaangażowaniem w tę oczyszczalnie wewnętrznych ścieków, a tym co dostajemy naprawdę. Powoduje rozprężenie, mało poważne podejście, naskórkowe do cudzej kultury. Żarty zmniejszają zaangażowanie i autorów i widza, dyskredytują poważne podejście do radzenia sobie z traumą bohaterki, a ciężar zasygnalizowany na początku, tylko spada. Im dalej w las, tym mniej drzew, a więcej pustostanów. Im dalej w dokument, tym mniej Mariny jako wiarygodnej i świeżej artystki. Jest kilka zdań perełek, jednak od postaci tego formatu wymaga się więcej przekraczania barier, filozofii, szperania, gmerania, zasztyletowania nas. Nawet jeżeli to jej osobista podróż, to robi to w formie dokumentu publicznie i mówi do widza… jednak mało rewolucyjne zdania.

W swoim kostiumie więźnia świata albo kosmonauty, obcego na planecie ziemia, który bada to miejsce, nie jest w żaden sposób przekonująca. Jednak zdobywa inspiracje na kolejny performance – wyglądający na wielkie doświadczenie. Szkoda, że tak poważnie i na kolanach, jak ma w zwyczaju, nie potraktowała tego dokumentu o poszukiwaniu ducha.