Recenzja: Annabelle: Narodziny zła

Uniwersum grozy zapoczątkowane w 2013 roku przez Jamesa Wana rozrasta się w zastraszającym tempie. I nie ma co się dziwić. Jak pokazują wyniki finansowe filmów osadzonych w tym świecie… widzowie lubią się bać. Pomimo tego, że pierwszy ze spin-offów ObecnościAnnabelle był nie tylko fatalnym filmem, ale co gorsza słabym horrorem, twórcy zdecydowali się dać jeszcze jedną szansę demonicznej lalce. Decyzja się opłaciła.

Głównymi bohaterami produkcji Annabelle: Narodziny zła jest małżeństwa Mullinsów. Muszą oni borykać się z rodzinną tragedią wskutek, której stracili ukochane dziecko. Po kilkunastu latach chcąc na dobre zapomnieć o tych wydarzeniach, postanawiają pod swój dach przygarnąć zakonnicę oraz dziewczynki z sierocińca. Stają się one celem tytułowej Annabelle – lalki stworzonej przez Samuela Mullinsa.

Na szczęście dla samego filmu, szwedzki reżyser David F. Sandberg posiada odpowiednie umiejętności, które pozwalają mu tuszować znane i lubiane schematy kina grozy. W filmie pojawią się motywy charakteryzujące takie filmy – jak chociażby różnego rodzaju przestrogi i pouczenia dla dziewczynek – ale ma to ukryty cel. W ten sposób filmowiec buduje atmosferę grozy i bardzo mroczny klimat, który w każdym momencie może eksplodować. Klasyczne już we współczesnych horrorach "jump scary" zastąpione są długawymi ujęciami, grą świateł, cieni i oczywiście dźwiękiem (nie oznacza to jednak, że się nie pojawiają).

Zazwyczaj w horrorach bohaterowie mają robić tylko i wyłącznie za ofiarę demonów czy seryjnych morderców. W tym przypadku Sandbergowi udało się nadać postaciom cech ludzkich i uwierzyć w to, że nie są one tylko imionami na kartach scenariusza. Domownikom, którym przyszło walczyć z demoniczną laleczką najzwyczajniej w świecie się kibicuje.

Trzeba postawić sprawę jasno – Annabelle: Narodziny zła nie jest żadnym zbawieniem dla gatunku, ani filmem, którym horroromaniacy będą się zachwycać i stawiać go na piedestale. Jest to jednak solidna rozrywka, która posiada w sobie na tyle dobrą – aczkolwiek niepozbawioną klisz i znanych bohaterów – historię, że amatorzy kina grozy z pewnością nie raz będą musieli obgryzać paznokcie w trakcie seansu. Sandberg odrobił pracę domową i słabości gatunku potrafił przekłuć w jego atuty. Horror, który spokojnie można nazwać oldschoolowym, to nie tylko odkupienie po fatalnej pierwszej części, ale także nadzieja na to, że uniwersum "Obecności" ma do zaoferowania jeszcze sporo dobrego.

Ocena: 6/10


Gracjan Mikitin
Redaktor Naczelny FDB. Od czasu do czasu, lubię obejrzeć sobie jakiś film :)