RECENZJA: Nie ma tego złego

Feel good movie też są nam potrzebne. I właśnie po to powstał i z taką intencją film Nie ma tego złego. Nie ma w tym nic złego, to film przyjemny, nieszkodliwy, nieogłupiający, ale przewidywalny. Ten film jest jak taka wielka filiżanka herbaty ze zdjęcia bohaterki – jest przyjemnie i smacznie, ale smak jest nam doskonale znany.

Historia opowiada niemalże jak w Debiutantach, że na nowy początek nigdy nie jest za późno. Marie-Francise traci męża, nie ma możliwości obecnie finansowo wynająć mieszkania, więc kończy u rodziców. 50-letnia kobieta wraca do rodzinnego miasta i śpi na kanapie, przyglądając się jak rodzice próbuję jej poukładać życie, bo na obecnym etapie sama się w to nie angażuje. Trochę to wszystko dzieje się na skróty, ale kiedy zaczyna pracować w sklepie sprzedającym e-papierosy poznaje mężczyznę w podobnej sytuacji. Oczywiście oboje doskonale wiedzą, że przyznanie się do swojej sytuacji, skreśliłoby ją/jego w oczach drugiej osoby.

No i mamy próbę zrobienia komedii omyłek, niby romantycznej historyjki, ale nie przesłodzonej, jednak też nie przeciekawej, czy wciągającej. Wiemy co się wydarzy od początku do końca, miło jest popatrzeć na nieporadność dwójki bohaterów, jakby byli nastolatkami spotykającymi pierwszą miłość, a nie osobami po przejściach. Szkoda, że ta ich niedojrzałość, niby uzasadniona wywieszeniem białej flagi w życiu, irytuje chwilami widza i ich losy stają nam się lekko obojętne.

To film, który ma nastrój, sprawia przyjemność, ale nie stawia żadnego wyzwania i bawi się manierą francuskiego kina i innymi produkcjami, nie wprowadzając nic nowego. Nawet w tej cudzej konwencji jest trochę wychudzony, a nie energiczny, czy hipnotyczny.

Nie ma tego złego, to nic złego, ale też niespecjalnie potrzebnego. Nie jest to zmarnowane półtorej godziny, ale poczucie nieustannego deja vu i to z dodatkiem filmu, który jakoś jest bardzo chimeryczny, ale poczucie humoru czasami ratuje tę zasychającą masę filmową.

Ocena: 4/10