Avant Art Festival w Muranowie dotarł do mety.

Nie przeczytałam za dużo o festiwalu Avant Art Festival przygotowując się do tego tekstu, prócz misji wywiadowczej przed, która sprowokowała mnie do wybrania się na dokumenty muzyczne pokazywane podczas tegorocznej, 10. edycji, po raz pierwszy w Warszawie, w kinie Muranów. Nie przeczytałam i się "chwalę", nie dlatego, że robię coming out nieprofesjonalizmu. Wszystkie obejrzane filmy były tak szczere i niewykoncypowane w swojej budowie i filozofii, że tak też napiszę o nich. To festiwal czołowych zderzeń, z których nie dość, że wychodzisz cało to jeszcze wzbogacony o odszkodowanie pod postacią punkowej i niestandardowej edukacji. Dowiadujemy się też, jak mówić o muzyce, tak by nas hipnotyzowało, jak jej wykonywanie.

Dokumenty pokazywane w tegorocznym zestawie prócz tego, że głośno grały, nie pokazywały nam tylko gadających głów, a spełniły zadanie przenoszenia widza w różne miejsca, które wcale nie musiały ze sobą graniczyć albo być blisko, wręcz przeciwnie! To sztuka, a sztuka szuka, wraz z nią organizatorzy i to się czuję na kilometry. Bo jaki jest wspólny mianownik pomiędzy filozoficzną drogą muzyka, myśliciela, improwizatora Mikołaja Trzaski, nagraniem płyty w studio przez Nicka Cave'a, gdzie instrumentem, wybrzmiewającym najgłośniej, jest ból, tour de norweskim metalem, a jednym z najbardziej pyskatych zespołów angielskich, w rytmie kina „bunt młodych” lat 60, który ma pretensje do rzeczywistości i nie ma ma zamiaru tego zakomunikować po dżentelmeńsku.

Wspólnym mianownikiem tych historii jest pasja. Pasja prowadząc wręcz do obsesji, ale także do ekstremalnego zlania się ze swoją twórczością, zapominaniem o oddychaniu w trakcie pracy nad nowym materiałem. Dla każdego z bohaterów dokumentów życie bez muzyki, byłoby jak dla sprintera utrata kończyn. Każdy z tych artystów nie reprezentuje też bylejakości, łatwych wyborów i ułatwiających im życie decyzji muzycznych. Nie od razu muzycy wyklęci, ale tacy przez wielu przeklnięci.

Ucho Wewnętrzne to dokument o Mikołaju Trzasce, gdzie reżyser w skromny sposób podąża za nim i wysłuchuje go, nie rozpraszając się ani przez chwilę. Kiedy Trzaska nie gra, a właściwie improwizuje na swoim saksofonie, Mikołaj opowiada. Jednak momenty milczenia też są pewną komunikacją – to kontemplacyjny i skromny dokument – taki jak jego bohater. Są tutaj zaprezentowane różne momenty w jego karierze, gdzie dowiadujemy się jak wszyscy wkoło nie rozumieli po co ktoś malujący, nagle łapie się instrument, o którym nie ma pojęcia. Jest tutaj również wiele o wpływach na twórczość i osobowość (jak sam podkreśla) artysta – żydowskie pochodzenie, przyjaźń z pisarzem Andrzejem Stasiukiem, która przeszła na poziom przyjaźni również artystycznej. Pojawia się tutaj znany i popularny, ale przede wszystkim świetny artysta, ilustrator Marcin Podolec, który dodaje i charakteru formalnej warstwie filmu, ale też nawiązuje do przenikania się sztuk i nieustannego poszukiwania wszędzie jej obecności uważnie przez bohatera dokumentu. Trzaska – od inspiracji i mądrości aż z pieca trzaska.

Blackhearts to zdecydowanie zdystansowany do siebie przewodnik na kanwie historii kilku postaci, zespołów, po scenie metalowej w Norwegii. Wszyscy z nich chcą trafić oczywiście na Inferno Festival, gdyż to w ich działalności artystycznej Święty Graal (nieadekwatne do tematu). Jednak dokument drąży i nie zostaje przy samym oprowadzaniu nas po świecie muzyki metalowej i jej odbioru przez ludzi, ale pokazuje jak życie artystów również jest jej podporządkowane, a muzyka ta w tej restryktywnej grupie metalowców, jest mocno połączona z religią szatana i wiarą, że bestia rośnie w siłę dzięki ich graniu. Jesteśmy świadkami rytuałów i czasami dokument jest straszniejszy, niż niejeden horror. Nie ma niestety równowagi pomiędzy historiami i życiorysami i trochę się nam dokument rozjeżdża chwilami, ale jest interesująco skonstruowany, bo nie tylko chodzi na klęczkach (znowu nieadekwatnie) wokół muzyki (może wokół ołtarza zrobionego dla demonów), ale też pokazuje dosyć w żartobliwym kontekście kolorowo ubranego kogoś w rodzaju „kapłana satanistów” i jak dużo zdjęć/selfie uwielbiają sobie robić metalowcy. Najlepiej pod kościołem, który spłonął. Nierówna filmowo, ale intrygująca przygoda nieprzywiązana do posłusznego opowiadania o historii metalu. Pytanie tylko, czy będzie czymś więcej, jakimś doświadczeniem artystycznym, a nie tylko gratką dla ludzi siedzących po uszy w tym gatunku muzycznym.

Ostatni będą pierwszymi. Tak jak i w tekście, tak i zrealizowało się to w historii zespołu Sleaford Mods, specjalistów od anty savoir vivre. Dokument Bunch of Kunst jest zrobiony paralelnie do bulgoczącej tkanki duetu, w którym Jason wypluwa dla połowy szybko słowa z resztkami wypijanego piwa, a Andrew stoi przed laptopem, pilnując jak gdyby żeby się nie włączył wygaszacz ekranu co jakiś czas klikając jakiś klawisz. Tak właśnie kpiarsko z auto czarnym PR podchodzą do siebie i do swojej twórczości bohaterowie duetu, który zamiast się cieszyć, że nagle, kiedy zapuścili korzenie w garażu, będąc na prestiżowym festiwalu, stwierdzają, że jest za dużo ludzi i gdyby ocenzurować tutaj każą kwestię z przekleństwem usłyszelibyśmy jeden długi, piszczący dźwięk. Nieważne jak siebie gniewnie przedstawią, jak są wkur***** na świat i rzeczywistości, to sprawia że są wyjątkowi i niepowtarzalni. To przecież oni mówią: Młodzi ludzie podpisują ważne kontrakty z wytwórniami płytowymi i śpiewają tylko o miłości. Jestem bardzo za miłością, ale, litości, tyle się dzieje na świecie. Komu chce się słuchać takiej muzyki, jeśli masz 15 funtów na tydzień, żeby przeżyć? Włączasz telewizor a tam jakiś debil pieprzy o miłości, stojąc z gitarą na środku lasu . Oni są artystycznymi aktywistami, którzy śpiewają z autopsji, a nie z wyobrażeń i cudzych historii. Rzucają wyzwanie i rękawice światu, nie okazują żadnego rzacunku rzeczywistości, ich teksty słynną z bardzo okrutnej ironii, sarkazmu i szyderstwa. Krytykują dosadnie (!!!) sytuację na rynku zawodowym w Wielkiej Brytanii, portale społecznościowe. Dlatego przez swoją celną obserwację językiem walącym jak z karabinu do cywilizacji, są dla słuchaczy „głosem ludu”. Co spotyka się w dokumencie tylko z ich śmiechem i nie mają takich ambicji. Są oczywiście wątki, skąd wywodzą się bohaterowie i można się domyślać, że nie jest to duet chłopców, którzy uciekli z rodziny królewskiej ze znajomymi na noc z domu, jednak reżyser nie łączy muzyki i ich życia w ckliwy i sentymentalny splot. To poukładany, na ile panowie pozwalają dokument, który nie mógłby być zrobiony przez perfekcjonistę, ale pokazuje perfekcję artystów w swojej szczerości totalnej. A wielkie kariery muzyczne nie wymagają wielkiego talentu wokalnego, o tym też jest tutaj mowa. A właściwie krzyk – niepohamowany strumień emocji – dla obu stron podczas koncertu. To dokument, który się drze, a my nie zatykamy uszu, bo to jest piekielnie mądre. Najlepszymi i najmądrzejszymi mówcami nie są wcale panowie w garniturach z trzema dyplomami. Jak mówił Bukowski: Szpitale, więzienia i burdele-oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi "Wasza Magnificencjo. A poza tym nie zatkamy uszu, bo byśmy przegapili zachwyconego Iggiego Popa, która stwierdza, że to najlepszy rockowy zespół na świecie. A dokument jest proporcjonalny do zdolności i wielkiej charyzmy duetu.

Czekam zniecierpliwiona na 11. edycję. festiwalu. To nieprzewidywalna symbioza muzyki i kina oraz doskonałe wyczucie smaku i brak ograniczeń, hamulców decyduje o tym, że Avant Art Festival jest tak charakterny.