Gdynia 2017: Człowiek z magicznym pudełkiem

Bodo Kox długo kazał nam czekać na swoją kolejną produkcję, a właściwie szansę zanurzenia się w jego nieskrępowanej, żadnymi regulaminami, wyobraźni. Dokładnie 5 lat minęło od tego czasu i Człowiek z magicznym pudełkiem potwierdza, że twórca ma pudełko pełne pomysłów, ale wyciąga je zdekoncentrowany, biorąc po kolei na co w nim trafi. Widać też niestety niechlujstwo w jego kolejnym dziele. Pudełko z tytułu odniosłabym do emocji – mamy ich tyle co karton, magiczne jest nadużyciem, a zainteresowanie człowiekiem, relacjami, niespecjalnie wyszło reżyserowi.

Mamy rok 2030, czyli sci-fi w formie – powrót do tego gatunku w Polsce, brawurowo. Sterylna, elektroniczna korporacja, gdzie pojawia się dużo zabawek, tworzone są androidy, ale nie jest to daleko posuwające się w kreatywności, niż Seksmisja z 1983 roku. To bardziej budowanie świata w stylu retro sci-fi może. Ludzie są wobec siebie interesowni i wszystkie rozmowy wyglądają jak załatwianie interesów, elektronika oczywiście jest na każdym kroku, ludzie mają kody kreskowe, są całkowicie kontrolowani. Świat się z jednej strony wali, bo widzimy gruzy budynków, a z drugiej rozwija – bo widzimy postęp technologiczny. Niestety w tle, chociaż jak na plakacie, tak jak i w filmie być powinno, rodzi się uczucie pomiędzy ludźmi z „innych światów” w różnych znaczeniach tego słowa.

Próba opowiedzenia niebanalnie historii miłosnej w czasach „zarazy” (niekorzystnych dla uczuć) kompletnie się nie udaje i nie splatamy się z nią, w ogóle nas nie interesuje. Wszystko się dzieje tak błyskawicznie, na skróty, widać brak cierpliwości do dialogu. Pod wpływem różnych innych wtrąceń, zabaw formą oraz trochę uczucia, jakby reżyser zachłysnął się ilością gadżetów, zapomina o niestety nie szczególe, a kośćcu historii – zbudowaniu relacji pomiędzy bohaterami. Dlatego właśnie nie wierzymy w tą wielką miłość, przed którą staje wyzwanie. Ich pierwsze spotkanie, drugie, nie ma wcale chemii – znaczy jest – ale to sztuczne substancje. A na tym opiera się historia. Jednak nie jest w ogóle przygotowana, nie ma tego drapania w serce, jak chociażby w Eternal Sunshine, którym autor ewidentnie się inspiruje. Przenikanie się światów ma tutaj miejsce, ale dla naszych „zakochanych” to bardziej mijanie się. Bo nie stworzyli swojego zamkniętego świata emocji, które przenosiłyby się na widza. Nie kibicuje się im, ogląda bez temperatury, czuje bylejakość.

Człowiek z magicznym pudełkiem nie ma w sobie żadnej głębi psychologicznej, chociaż zachowuje sygnaturę Bodo Koxa ewidentnie. Film bez magicznego uczucia, mimo wielu pomysłów. Jest zachowawczo i chłodno jak w tej filmowej korporacji z przyszłości. Jest miłość do kombinowania, przecinania taśmy oddzielającej gatunki i sposoby prowadzenia narracji… ale w tym filmie nie ma miłości. A o miłości miał być.

Ocena: 4/10