KAMERA AKCJA: Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem

Nie dajcie się zwieść szalonemu podtytułowi, nadanemu przez polską dystrybucję. Borg/McEnroe to znakomite kino sportowe, w którym emocje na trybunach oddziałują również na odbiorców filmu. Angażujący mecz rozpoczyna się już w preludium, by swoje rozwinięcie znaleźć w finale produkcji. Pot spływa z czoła, nerwowy tik przejmuje kontrolę nad ciałem, a dwóch sławnych tenisistów prowadzi ze sobą bój na korcie i wewnętrzne szranki w odmętach psychiki.

Odwaga z podtytułu trafia tu jak kula w płot. Borg/McEnroe nie jest bowiem filmem o lwim sercu, tylko o bezgranicznym oddaniu się pasji i walce z odwiecznymi demonami – emocjami i presją. Oko w oko, gem w gem staje ze sobą dwóch tytułowych sportowców – stoik i furiat. Poskromienie wewnętrznego ognia zadecyduje, kto wygra finał Wimbledonu w 1980 roku.

Widowisku należy dać szansę – rozpoczyna się jak przeciętne kino indie-biograficzne, w którym twórcy starają się skondensować jak najwięcej wątków z życia sportowców. Jednak już na tej płaszczyźnie zauważyć można znakomite zobrazowanie meczu – forma obrazu, sposób, w jaki Borg/McEnroe zostali zmontowani, oddaje esencję rozgrywki tenisa. Narracja odbija piłeczkę od jednego bohatera, by w ułamkach minut zarysować profil kolejnej postaci, następnie wraca znów do pierwszego. Taka konwencja może wydawać się momentami nieczytelna, w większości wątków osiąga jednak zamierzony efekt.

Zobrazowanie i zdefiniowanie pojedynku sięga tutaj kilku poziomów – z jednej strony chodzi o walkę nagłówków gazet, dopasowujących łatki do każdego z tenisistów. Janusowi Metzowi nie umknął również aspekt prowadzenia skrajnych kampanii reklamowych – tak różny dla kontrastujących ze sobą rywali. Ostatecznie najważniejszy mecz nie rozgrywa się wcale na korcie, lecz na płaszczyźnie świadomości. Borg to 4-krotny zwycięzca Wimbledonu, McEnroe dopiero wkracza w branżę, będąc młodym-niepokornym. Obaj pędzą po puchar, stosując własne techniki; obaj lękają się swojego rywala, którego nie potrafią zrozumieć ze względu na różnicę charakterów. Kto wygra mecz?

Odpowiedź na to pytanie pada w finałowej (niemal 20-minutowej!) sekwencji rozgrywki o podium. Poprzez odpowiednią pracę kamery i montaż widz czuje się, jakby oglądał prawdziwy mecz, a nie kino fikcji, na swój sposób interpretujące zaistniałe zdarzenia. Emocje narastają, tenisiści idą łeb w łeb, a odbiorca zdaje sobie sprawę, że już dawno nie czuł podobnego napięcia w odniesieniu do dzieła filmowego. Nie czytajcie nic o wyniku meczu przed udaniem się na seans, bo wtedy cały suspens pryśnie, jak bańka mydlana.

Podobnie, jak w przypadku rodzimych Gwiazd, także i tu przypatrujemy się nieoczywistemu pojedynkowi dwóch sportowców. Borg/McEnroe wygrywa z filmem Jana Kidawy-Błońskiego 1:0, a wszystko za sprawą aktorskiego duetu, wcielającego się w tytułowe role. Abstrahując od znakomitego kastingu w wiernym odtworzeniu wizerunku sportowców, Sverrir Gudnason oraz Shia LaBeouf bezbłędnie identyfikują się z wykreowanymi postaciami – zarówno w warstwie psychicznej, emocjonalnej, jak i na płaszczyźnie fizycznej. Na potrzeby widowiska, aktorzy nauczyli się zawodowo grać w tenisa, a finałowy mecz stanowi idealne odtworzenie każdego ruchu czy zagrywki z rzeczywistego starcia z 1980 roku.

Emocje jak na meczu, klimat, jak w latach ’80, satysfakcja, jak po dobrze spędzonym czasie w kinie. Janus Metz Pedersen wyszedł obronną ręką z intermedialnej przeprawy, jaką było zobrazowanie jednego z najważniejszych meczy w historii tenisa (pierwotnie emitowanego w tv – dziś zaadaptowanego na język kina). Widowisko uwiecznia na dużym ekranie prawdziwe sportowe emocje!

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Filmoznawca. Fan kina niekonwencjonalnego, oderwanego od ogólnie obowiązujących schematów. Mimo to ogląda wszystko, co tylko wpadnie mu w ręce – począwszy od produkcji klasy B, skończywszy na nowofalowych naleciałościach każdego z europejskich krajów. Redaktor na FDB.pl. Założyciel i redaktor naczelny na portalu 35mm.pl.