Warszawski Festiwal Filmowy - Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach

Kino poszukujące nowych środków wypowiedzi, chodzące własnymi ścieżkami, niewydeptanymi, łączące kolory i wzory, których nikt wcześniej ze sobą nie miał tupetu zeswatać, to odważne zagranie. Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach podejmuje ogromne ryzyko, bo można się zagubić w tym bogatym i niepowtarzalnym koncepcie. To nieposłuszna, zbuntowana jak młodzi bohaterowie, stojąc naprzeciw jakimkolwiek regułom, rozwiązłość wyobraźni i pełna fantazyjnej anarchii, przygoda. Przygoda, którą albo znienawidzimy za absurd, campowość i nie damy się porwać, albo się zakochamy. Bo to nie jest też wybryk bez przekazu.

Historia do opowiedzenia nie jest łatwa, ale nie ze względu na jej niespójność, a raczej na jej pomysłowość, zjawiskowość i to, że zaskoczenie goni zaskoczenie, rozwiązanie fabularne goni rozwiązanie. To jest tor wyścigowy pomysłów. Zapowiada się na przyziemną, ale wariacką historię, trochę w stylu serialu Skins. Trzech przyjaciół szwenda się po mieście, oddając każdą wolną chwilę i swoją duszę dla punku, chodząc na koncerty i wierząc, że kiedyś znajdą się po drugiej stronie. Oczywiście żaden z nich niespecjalnie ma kompetencje i doświadczenie w podrywaniu dziewczyn, a mimo ich nonkonformizmowi, każdy nastolatek patrzy na dekolt i chce umieć zagadać do „laski”. Trafią na kosmiczne afterparty, gdzie słowo „kosmiczne” proszę potraktować dosłownie. To, co się tam wydarzy zmieni życie trójki bohaterów bezpowrotnie.

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach można odczytywać na kilku poziomach. Jako zdystansowaną, prześmieszną, historię o inicjacji, pierwszych pocałunkach, kino młodzieżowe, gdzie nie wiemy co należy do wyobraźni bohatera, a co dzieje się naprawdę – gdyż stan zakochania to niemalże działanie LSD bez spożywania LSD. Takie grzebanie w zakochanej głowie. Film też syci na poziomie sci-fi miłosnego. Prosta historia: Kiedy chłopak poznaje dziewczynę, nie jest wcale tak prosta, gdyż byłby to związek na odległość większą, niż miała jakakolwiek, kiedykolwiek para – międzyplanetarny. Jest to też kino hiperromantyczne, gdzie w rytmie pulsującej muzyki punkowej, mamy wiwisekcje stanu zakochania w ogromnej intensywności, wręcz narkotycznej impulsywności. Ta maszyna filmowa, która ma dużo paliwa i jeszcze więcej koni mechanicznych.

Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało i konfrontacja z sektą albo inną cywilizacją naszych bohaterów komuś nie wystarczyła, to mamy tutaj prawdziwy musical – ale na własnych zasadach. Najróżniejsze układy taneczne, podziemna punkowa scena muzyczna pełna przerysowanych postaci, z doskonałą, mówiącą sama o sobie, że czuje się, jak zgnieciony pet – Nicole Kidman. Do tego, można bez wahania dodać, że Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach sięga po kino kostiumowe. I ta napakowana filmowa kinder niespodzianka, nie powoduje przeciążenia ani nie jest zdeformowana, przez co nieczytelna.

W ekscentrycznej i bardzo „umownej” narracji, balansującej na granicy fantazji i rzeczywistości w nieatrakcyjnej dzielnicy Croydon w Londynie, opowiada się bardzo żwawo historię o poczuciu obcości w rzeczywistości. Kultura punku nie do końca jednak „dead”, mająca w swoim założeniu poczucie niezgody na obecną rzeczywistość jest (mimo innych różnic pokazanych w filmie) bardzo kompatybilna z przybyszami z kosmosu. To bardzo nieszablonowe spojrzenie na pewną subkulturę.

Obcy – to przybysze, którzy pojawiają się na ziemi, ale tak się również czują tutaj nasi punkowcy, wykolejeńcy. Feeria rozwiązań, powiązań, metafor, przenośni jest bardzo spójna z fajerwerkami rozwiązań wizualnych. Jeżeli ktoś pokochał surrealizm i odczytał, Swiss Army Man nie tylko dosłownie, to zgodzi się, że film Jak podrywać dziewczyny na prywatkach może stanąć z nim w szranki. Takich świrów, hiper-inteligentnych, ale niegrzecznych, kino potrzebuje.