Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Gotowi na wszystko. Exterminator. 0

Z polskim kinem komediowym bywa różnie – ale skala ocen po seansie często jest pomiędzy słabo albo słabiej. Rzadko udaje nam się zrobić ciągłą historię fabularną z wpisanym w nią poczuciem humoru i żartem. Bez porozbijanej narracji, gdzie tempo jest następujące: gag (najczęściej na poziomie kabaretu), kawałek historii i znowu gag. Gotowi na wszystko. Exterminator potrafią zachować płynność w opowiadaniu i rozśmieszaniu, bez rozpadającej się masy. To film, który nie ma wielkich ambicji i mocno nas nie zobowiązuję wobec siebie, ale umiejętnie drwi, szydzi i przede wszystkim ma mnóstwo zdrowego dystansu do siebie w rytmie fantastycznych hitów różnych gatunków muzycznych. Bo mimo że to historia o muzykach, to wcale nie tego tylko będzie dotyczyć.

Piątka młodych chłopaków stwierdziła, że niezależnie od miejsca, z którego pochodzą, miejscowości Kochanowo, która wita wjeżdżających wielkim ziemniakiem. Mimo perspektyw jakie mają, posiadają przede wszystkim niezbędne cechy, by zrobić coś wielkiego – entuzjazm i determinację. Zakładają zespół death metalowy Exterminator. Rzeczywistość jednak dopadła chłopaków i życie zweryfikowało ich plany, a może sami odpuścili? Spotykamy ich w momencie, w którym gdybyśmy minęli któregokolwiek z nich na ulicy, nie pomyślelibyśmy, że kiedyś byli nadzieją muzyki i gwiazdami klubu Diabolique. Mijają się na ulicy mówiąc sobie lakonicznie cześć, a jeszcze kilka lat temu jeden drugiemu trzymał włosy nad toaletą, w trakcie świętowania sukcesów muzycznych. Mają żony, dziewczyny, niektórzy z nich garnitury, a lider zespołu odszedł. Pewnego dnia pani burmistrz zaprasza tego, co najbardziej tęskni za niespełnionymi marzeniami – Marcysia – do siebie i proponuje jemu i reszcie zespołu reaktywacje, wykorzystując pieniądze z budżetu unijnego. Wszystko zapowiada się doskonale i wybuchowo. Makar wyjdzie ze szpitala psychiatrycznego, w którym siedzi na własne żądanie i połyka „suplementy diety” jak mentosy, unikając prawdziwego życia. Zamiast machać paletką od ping-ponga, zacznie pałeczkami na perkusji. Jaromir urozmaici swoje życie rodzinne i prócz zmiany pieluch swoim dzieciom zacznie zmieniać akordy na gitarze. Lizzy zrzuci z siebie strój pracownika banku i zamiast udzielać kredytów, znowu uwierzy, że będzie udzielał wywiadów jako gwiazda zespołu. No, ale polityka i muzyka (sztuka) to niebezpieczne połączenie, a artyści niezależni różnie kończą będąc od kogoś zależni.

To film, który przede wszystkim ma być komedią i to się udaje – humor jest konsekwentny, celny. Sytuacyjny i napisany żart spełnia swoje zadanie. Do tego charyzmatyczne postaci w zespole są zagrane doskonale, każdy portret jest inny, nie ma bylejakości w tym kinie. Jednak film prócz dosyć ekscentrycznej przygody muzycznej, w której chodzi też o ucieczkę od szarej rzeczywistości prowincji oddanej bardzo szczerze, chce powiedzieć kilka niegłupich słów o świecie muzycznym. Zespołem na małą skalę, bez prostych rozwiązań, czyli albo historii od zera do bohatera, albo w rytmie wielkiej katastrofy i ckliwej historii, pokazuje się, jak to wygląda zza kulisami. Jak kontrakty, konszachty potrafią zjeść jakąkolwiek jakość i wartość artystyczną. I nie trzeba opowiedzieć tego z emfazą i rozbuchaniem, a skromnością i szeroko otwartymi oczami, które się rozglądają.

Jest to też bardzo aktualne kino, które oczywiście ma wymierzone lotki w konkretne postaci, ale nie stoi na baczność, opowiadając o tym. Jeszcze kilka dni temu wielu z nas oglądało sylwestra w telewizji. Często grają tam postaci, które jeszcze kilkanaście lat temu miały satysfakcjonujący status finansowy, a jednocześnie spełniały się artystycznie, nie „dorabiając”, bo koncertem nazwać to naduużycie. Nasi bohaterowie znajdują się w podobnej sytuacji. Chcą grać, dla muzyka pociąg do instrumentu jest często ważniejszy od tego, co na nim zagra i jak daleko będzie to odbiegać od jego początkowej wizji. I tutaj pojawia się pytanie, czy bezkompromisowość i wyobrażenie siebie oraz niedopuszczanie do żadnych ustępstw w swoim wizerunku jest szczeniacką naiwnością, w obecnym świecie muzycznym, który jest w coraz głębszej relacji z show biznesem? Muzyk staje się zaprogramowany, zostaje produktem, narzędziem do kreacji pewnej rzeczywistości, do której sam nie chce należeć. Ale chce grać. I ta refleksja w tym filmie, mimo że niepogłębiona, chwilami infantylna i banalna, humorystycznie zostaje zaaplikowana zgrabnie.

Exterminator bawi, nie ucieka od autentyczności i z jej obserwacji wyciąga pewne wnioski. Zespół w filmie musiał iść na kompromisy, ale reżyser Michał Rogalski tego nie robi. I bardzo dobrze, bo jego film w większości nie zaraził się chorobą toczącą polskie kino komediowe.

Ocena: 7/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…