Redaktor na FDB.pl oraz FilmyFantastyczne.pl.

RECENZJA: Player One 1

Choć Player One nie stanowi adaptacji konkretnego tytułu na rynku cyfrowej rozrywki, to znakomita ekranizacja znanych schematów czy klisz medium gier komputerowych. Steven Spielberg znów funduje młodym widzom satysfakcjonującą podróż do krainy kinowych marzeń i wrażeń. Nie zabraknie dynamicznej akcji oraz całej rzeszy easter eggów związanych z globalną popkulturą. Czasem tylko przypomina się twórcy, że ma 71 lat na karku, więc wygłasza morał dobrego dziadka w stylu: długie granie na komputerze szkodzi oczom.

Wraz z realizacją Playera One, Spielberg zatacza intrygujący krąg. Uważany jest dziś za czołowego twórcę i najczęściej wymienianego przedstawiciela kina nowej przygody, które rozprzestrzeniło się na świecie tuż po premierze Gwiezdnych Wojen oraz Bliskich spotkań trzeciego stopnia (a przynajmniej na te tytuły wskazuje twórca terminu, Jerzy Płażewski). Mowa oczywiście o nurcie charakteryzującym się dynamiczną akcją, obfitującym w efekty specjalne, stawiającym na intertekstualizm, a jednocześnie unikającym drastycznej przemocy czy nagiego erotyzmu. Brzmi jak każdy blockbuster, cyklicznie trafiający na ekrany kin multipleksów, prawda? Spielberg doskonale zdaje sobie sprawę, że jego produkcje z końca lat 70. i całokształt dorobku z lat 80. na stałe zredefiniowały kino mainstreamowe. Reżyserując Playera One postawił sobie pomnik czołowego kreatora popkultury oraz podsumował bujny prąd twórczy, którego źródło odkrył on sam – równocześnie Spielberg wyruszył na ekspansję nowych terytoriów artystycznych: zinterpretował cyfrowy świat gier przez pryzmat wirtuoza kina.

Player One łączy w sobie dwie naleciałości: z jednej strony to jawny okaz kina nowej przygody, z drugiej – Spielberg wpada w kleszcze popularnego SF dla najmłodszych, przechodzącego kinowy renesans po sukcesie Igrzysk Śmierci (do tej szufladki chowam też Więźnia labiryntu, aktorską Mroczną Wieżę czy Niezgodną). I to właśnie druga ze wskazanych konwencji wydaje się wynaturzać klasyczny, przyjemny styl Spielberga. Na szczęście fani wartkiej, dynamicznej akcji znajdują tutaj coś dla siebie. Nawet nadmiar komputerowych efektów jest wyjaśniony częstą obecnością w przestrzeni cyfrowej (nierealnym świecie, zawartym wewnątrz multiplayerowej rozgrywki).

W gruncie rzeczy bowiem, najnowsze widowisko Spielberga to film dla miłośników popkultury, z dużym naciskiem na kino i świat gier komputerowych. Widowisko stanowi niekończący się labirynt easter-eggów – ciekawi mnie, jak wiele elementów zapożyczonych z innych franczyz udało się umieścić twórcom. Szczególnie usatysfakcjonowani okażą się fani Xboxów – co jakiś czas na ekranie pojawi się motyw z Halo, a protagonistka filmu łapie w pewnym momencie za broń, którą bez trudu skojarzyć można z marką Gears of War (więcej motywów z tej serii nie znalazło się w widowisku prawdopodobnie przez znaczny poziom przemocy w cyfrowej rozgrywce). Z drugiej strony pewne nawiązania do Obywatela Kane'a, Stalowego giganta czy Lśnienia Kubricka jawnie wkraczają na płaszczyznę fabularną, stając się kompatybilnym elementem rozgrywanej historii.

Pomimo jawnej analogii do świata gier oraz licznych nawiązań, Player One ani na moment nie wpada w estetykę Pikseli. Środowisko graczy zostaje przedstawione z należytym szacunkiem, choć całokształt produkcji prowadzi sprytną kampanię społeczną. Z jednej strony twórcy gromadzą na salach kinowych fanów popkultury, w tym duży odsetek miłośników wirtualnych rozgrywek. W pewnym momencie jednak całokształt fabuły zaczyna gnać ku karkołomnemu morałowi o pięknie prawdziwego świata – nawet w trakcie seansu Spielberg lubi czasem pogrozić palcem i miną zgorszonego, lecz bardzo poczciwego dziadka.

Trochę w tym motywie hipokryzji, zwłaszcza że świat względnie-realny na płaszczyźnie fabuły produkcji wypada koszmarnie nudno w porównaniu do barwnej rzeczywistości wirtualnej. Sam – gdyby przyszło mi żyć w ukazanym uniwersum – nie ruszałbym się ani na krok poza środowisko graczy oraz eskapistycznej rozgrywki. Twórcy starają się przekonać widzów do odejścia sprzed komputerowych monitorów, równocześnie strasząc ich potencjalnym marazmem świata za oknem.

Momentami Player One wpada też w niefortunną hybrydę widowisk dla dzieci i młodzieży, debiutujących na dużym ekranie na przestrzeni kilku ostatnich dekad. Trochę tu Harry'ego Pottera i Czary Ognia, trochę Charliego i Fabryki Czekolady – nad wszystkim dominują nieciekawe postacie rodem z Igrzysk śmierci. Szkoda zatem, że najciekawsza część konceptu filmu oparta została na intertekstualnym tropieniu nawiązań do innych tekstów kultury. W ten sposób widowisko posiada charakter multimedialny – twórcy starają się nawiązać z widzem kontakt, poprzez nieustanne podsyłanie mu kodów popkultury. Historia zostaje zepchnięta na dalszy plan.

Player One przysporzy niewypowiedzianą radość każdemu graczowi (jeśli tylko ten zgodzi się przymknąć oko na drętwe morały hollywoodzkiej starszyzny). Zwłaszcza, że rynek adaptacji gier wciąż kuleje, a na światło dzienne wydane zostaje kolejne przeciętne tytuły na bazie wirtualnej marki (mowa oczywiście o Tomb Raider, trafiającej na ekrany kin w ten sam dzień, co Player One – sic!). Z kina wyjdą usatysfakcjonowani również smakosze popkultury, choć nie oczekujcie po widowisku twórczej formy Spielberga, znanej z E.T. czy z Parku Jurajskiego. Player One to poprawny blockbuster, opowiadający o świecie franczyz, ale też gubiący się gdzieś pośród innych tytułów mainstreamowego prądu, zwłaszcza w zestawieniu z realnym zjawiskiem wieloczęściowych kinowych marek.

Moja ocena: 7/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…