Redaktor na FDB.pl oraz FilmyFantastyczne.pl.

RECENZJA: Rampage: Dzika furia 0

Na całe szczęście Pacific Rim: Rebelia nie był ostatnim tytułem w tegorocznej ramówce multipleksów, opowiadającym o walkach gigantycznych potworów. W Dzikiej furii Dwayne „The Rock” Johnson stoczy bój na miarę najbardziej campowych odsłon Godzilli – w krzyżowym ogniu staną monster movies i ekologiczne wywody nad ingerencją człowieka w prawa natury. Nie zabraknie pulpowej rozrywki, klisz i spektakularnych eksplozji. Ponadto Rampage to prawdopodobnie najlepsza ekranizacja gry, jaka dotychczas ujrzała światło dzienne.

Goryl świadomie pokazujący środkowy palec, latający wilk czy zła korporacja, której działania mogą poważnie wpłynąć na dotychczasowe funkcjonowanie praw przyrody. Rampage nie bierze jeńców, jeśli chodzi o kolejne gwałtowne zwroty akcji czy nadmiar irracjonalnych treści. Na szczęście coś, co w rękach Michaela Baya skończyłoby jako kino komputerowych atrakcji dla niedojrzałych nastolatków (z roznegliżowaną Megan Fox na dalszym planie), tutaj sprawia wrażenie dzieła samoświadomego i przemyślanego. Podobnie rzecz wyglądała przy okazji ostatnich projektów z Dwaynem Johnsonem na pokładzie (m.in. Szybkich i wściekłych 8 i Jumanji 2). Aktor dokładnie wybiera swoje przedsięwzięcia, stawiając na tytuły wartkie, proste i spektakularne, lecz nie pozbawione polotu oraz fantazji.

Dzikiej furii o wiele bliżej do zeszłorocznego Konga: Wyspy Czaszki, niż do Rebelii czy kolejnych kontynuacji Transformers. To kino klasy B w najlepszej odsłonie – skutecznie przedstawiające masową destrukcję i gigantyczne potwory, dostatecznie samoświadome, by nie odstraszyć bardziej wymagających widzów. Przy tym nieco brutalne – na tyle, by załapać się na kategorię wiekową PG-13. Młodzi powinni jednak przygotować się na elementy horroru i mocno ocenzurowane gore.

Na ekrany kin czy płyty DVD trafiły już liczne ekranizacje multimedialnych rozgrywek. Niestety, niemal zawsze spotykały się one z cierpkim przyjęciem przez fanów i krytyków. Widzowie na całym świecie – doczekaliśmy się! Dzika furia stanowi pierwszą umiejętną adaptację gry komputerowej. Franczyza Rampage ukazywała się w latach 1986-2006, trafiając na kolejne konsole Nintendo oraz Microsofta. Jej konwencja korespondowała formalnie z klasykami nurtu monster movie – zresztą: nawiązania do postaci King Konga czy Godzilli już na poziomie kreacji wyimaginowanych stworzeń wydaje się dostatecznie czytelne.

Twórcy filmu odwrócili zatem kota do góry nogami. Łapiąc za koronę, obsuwając się po pniu, trafili do korzeni marki Rampage, z których niegdyś wyrosła popularna franczyza gier. Efekt ich pracy okazał się najbardziej obiecującą – choć nie pozbawioną wad – ekranizacją cyfrowej serii. Na czym polega fenomen tej adaptacji? Przede wszystkim twórcy nie sięgnęli po gigantyczną serię z rozbudowanym kontinuum zdarzeń i losów poszczególnych postaci (jak miało to miejsce m.in. w przypadku tegorocznego Tomb Raider). Rampage to skromna marka – zarówno na poziomie fabularnym, w sposobie kreacji świata przedstawionego, jak i ze względu na prostą mechanikę rozgrywki. Na takim fundamencie powstał równie mało wymagający obraz kinowy, dzięki któremu szufladka adaptacji gier komputerowych może wybić się choć trochę wyżej, niż przeciętny poziom Księcia Persji czy Warcrafta.

Prawdę mówił też The Rock, opiewając w wywiadach Rampage: Dziką furię, jako najdoskonalszy tytuł na rynku adaptacji gier komputerowych. Blisko 15 lat temu aktor pracował na planie Dooma (adaptacja popularnej serii strzelanin na PC i konsole). W zestawieniu do przestarzałego reliktu niskobudżetowego kina SF i horroru z początku XXI wieku, Rampage to nowy Iron Man wśród intermedialnych ekranizacji Hollywoodu.

W najprostszym rozrachunku Rampage jawi się jako wysokobudżetowy guilty pleasure dla fanów spektakularnej akcji. Na takim polu oczekiwań produkcja sprawdza się niemal idealnie. Niedawno przez ekrany polskich kin przetoczył się Huragan. Tam również twórcy zabawili się konwencją przeładowanego kina dla mas, w którym klasyczna strzelanina przenosi się w oko najpotężniejszego cyklonu świata. Efekt końcowy – choć skrajnie rozbudowujący pojęcie kinematograficznego eskapizmu – wpadł niestety na terytoria żenady. W przypadku Dzikiej furii sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Dwayne Johnson wywiązuje się z zadania, a kolejne przeszkody na jego drodze przyprawiają o rumieniec nawet największych malkontentów filmów z nadmiarem efektów CGI. Do tego dochodzi celny humor i znakomita kreacja Jeffreya Deana Morgana.

Rampage: Dzika furia posiada kilka wad – ich największe nagromadzenie pojawia się w okolicach drugiego aktu. Na szczęście finał produkcji okazuje się dziełem w pełni satysfakcjonującym, dostarczającym piorunujących wrażeń i emocjonujących atrakcji. Przy tym destrukcja miasta – doskonale pokrywająca się z konwencją oryginalnych gier komputerowych – nakreślona zostaje z pieczołowitymi detalami. Widowisko jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto nie może doczekać się spektakularnego spotkania Godzilli z King Kongiem.

Moja ocena: 6/10

Film trafi na ekrany polskich kin 11 maja bieżącego roku.

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…