Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Czego życzy sobie kobieta 0

Nie ma nic złego w kinie świadomym swojej niezobowiązującej i lekkiej treści. Jednak niezależnie od gatunku do jakiego chce być zakwalifikowany film Czego życzy sobie kobieta, to minimum zaangażowania w budowaniu zgrabnej narracji i stosowania wobec widza intencjonalnych zagrywek nie da się usprawiedliwić. Nie wiem czy widz życzy sobie rozrywki, w której jednak prócz sprawdzonych żartów operujących tą samą taktyką, jest stereotypowo na poziomie płci, bez żadnych głębin. To komedia romantyczna, która jest blada od powtórzeń i niestarająca się wyjść po za przewidywalne od początku do końca opowiadanie.

Naszą główną bohaterką jest Senna, którą będziemy spotykać co roku w dniu jej urodzin i śledzić zmiany jakie nastąpiły w jej życiu. Taki zabieg w opowiadaniu stosuje autor, co jest doskonałym unikiem przed pewnym przywiązaniem do ciągłego opowiadania, można zostawiać luki. Poznajemy ją jako kobiecą wersję Biga Lebowskiego, na mniejszą skalę, ale z takim zamysłem – kobieta w wieku, w którym cały świat wyobraża ją sobie jako kogoś, kto poważniej będzie traktował życie. Ona jednak znajduje uciechę w niezobowiązujących relacjach i zdecydowanie nie miałaby wspólnych tematów do rozmów ze swoimi wieloma rówieśniczkami. Pojawia się oczywiście – na zasadzie nieudanej intrygi jej przyjaciółki – Adam, który przewartościuje jej życie i zmieni jej spojrzenie na wiele spraw.

No i tutaj plot twist goni plot twist, z czego żaden z nich nie jest realnym zaskoczeniem. Ludzie lubią często śmiać się z rzeczy bezpiecznych, bo znanych i sprawdzonych, dlatego to też może działać. Jednak na poziomie filmowym jest to zagranie wykoncypowane, napisane bez nurkowania w charakterach bohaterów, przetasowania są bardzo proste, aż się czuje lekceważące podejście do historii. Odhaczyć sprawdzony przepis, na szybko, bez odmierzania proporcji i próby zamieszania chociaż łyżką w inną stronę.

To kino stworzone z podręcznikiem w ręku: szablony komedii romantycznych. Na dodatek prócz małej wyobraźni ten film nurza się w stereotypach, udając wyluzowanego i idącego pod prąd. Senna sugeruje widzowi, że wiek nic nie determinuje i nie trzeba podawać się presji społeczeństwa. Chwilę potem, oczywiście można to tłumaczyć impulsywnością i dowodem na to, jak uczucie aktualizuje nas, jest zaprezentowana jako rozhisteryzowana, niezdecydowana i potrzebująca atencji, niby pewna siebie, kobieta. Nie wierzymy w to, tak samo jak Adamowi, który jest zbudowany na podstawie jej przeciwieństwa. Nie wierzymy, bo ich ewolucje są niespójne, to nie jest błyskotliwie nakreślony brak konsekwencji psychologicznej u bohaterów, a prostactwo. Szybkie opowiadanie, to nie podpis, tylko parafka machnięta gdzieś w biegu.

Filmy lekkie, pozwalające widzowi na niezobowiązujący flirt z rzeczywistością udekorowaną naszymi wyobrażeniami świata idealnego są potrzebne. Tylko że popełniono tutaj też błąd zaprzeczający zamiarom pierwszego postulatu twórczego – bo z drugiej strony mamy realistyczny i witalny komunikat o słabościach i przesłanie, że w życiu można czegoś nie wiedzieć! Ale potrzebni są również twórcy, którzy nie potraktują tego jako wymówki i nie pójdą po linii najmniejszego oporu. Nie zapamiętamy tej produkcji, zapamiętamy, że Sharon Stone jest w świetnej formie i kondycji. Szkoda, że film nie jest w takiej.

Ocena: 3/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…