Redaktor na FDB.pl oraz innych portalach filmowych. Pisze, czyta, ogląda i śpi. Przyłapany, gdy w urzędzie w rubryczce "imię ojca" próbował wpisać Petera Greenawaya.

RECENZJA: Kler 2

Gdyby Wojciech Smarzowski wziął się pewnego razu za adaptację Nowego Testamentu, jego film z pewnością przypominałby Ostatnie kuszenie Chrystusa. Jeden z najwybitniejszych żyjących twórców polskiego kina ściąga maskę świętości z rodzimego kościoła. Pokazuje księży jako zwykłych ludzi, wydobywa na wierzch ich warstwę psychologiczną – nie miota się przy tym w paranoicznym szale nienawiści. Skrupulatnie wprowadza porządek na przykościelnych parafiach – wymiata wszystkie brudy spod dywanu i wyciąga trupy z szafy. Zachowuje również klasę, do której przyzwyczaił nas w swoich poprzednich filmach.

Przyznaję, miałem moment zawahania w trakcie oczekiwania na najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego. Działo się to mniej-więcej na przełomie lipca i sierpnia, gdy do sieci trafił pierwszy zwiastun Kleru. Polska dystrybucja zdecydowała się poprowadzić kampanię reklamową widowiska, wpisując go w gatunkową szufladkę komedii o piciu i rzyganiu. Przaśny ton zapowiedzi bardziej szokował niż bawił, bazując na najprostszych sposobach łamania tabu. Kilku duchownych dało się już złapać na tę prowokację. Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski zdążył publicznie oskarżyć PISF oraz Piotra Glińskiego o dofinansowanie tak „kontrowersyjnego” tytułu (duchownemu nie przyszło do głowy, że budżet filmu został przyznany przez poprzedni zarząd instytucji – zdołał natomiast kilkukrotnie w publikowanych komentarzach, w ramach ohydnej hipokryzji, napomknąć o pedofilskim precedensie Romana Polańskiego). Na szczęście Wojciech Smarzowski nie wychował się na tych samych filmach co Patryk Vega. Kler nawołuje do polemiki związanej ze złym stanem rodzimego duchowieństwa – zwraca uwagę na hipokryzję kościoła, pijaństwo, przysłowiowe „kobiety na boku” oraz, co najważniejsze, ogromny problem pedofilii. Ten skutecznie zamiatany jest pod dywan od czasu dojścia do władzy papieża-Polaka. Twórca próbuje motywować działania swoich bohaterów – nie patrzy im na ręce tylko zagląda w ich przeszłość. Realizując fundamentalne doktryny realizmu (wierne profile psychologiczne, wiarygodny tok przyczynowo-skutkowy), ukazuje księży jako zwykłych ludzi, uczłowiecza ich wizerunek aż nazbyt sakralizowany przez tłumy wiernych.

Narracja prowadzona jest z perspektywy trzech duchownych: borykającego się z oskarżeniem o pedofilię ks. Kuklę (Arkadiusz Jakubik), posiadającego kochankę oraz nadużywającego alkoholu ks. Trybusa (Robert Więckiewicz) i ukazującego skorumpowaną twarz kościoła ks. Lisowskiego (Jacek Braciak). Smarzowski rozpoczyna swoją historię od sloganów: księża piją niemal do nieprzytomności, jeżdżą po pijaku, a przed konsekwencjami prawnymi chroni ich koloratka. Ostatni z przytoczonych wątków rozpięty zostaje na przestrzeni całego filmu – twórcę wyraźnie drażni, że w licznych przypadkach tytułowy kler (czy mówiąc szerzej: kościół katolicki w Polsce) stawiany jest ponad prawem. Smarzowski jawnie krytykuje rodzime duchowieństwo – robi to jednak z klasą i wyrafinowaniem. Wie, że prawicowe środowiska rozliczą go z każdej sceny i napisanego dialogu. Nie daje się ponieść propagandowemu wymiarowi kina, dehumanizującemu opozycyjnych bohaterów względem sympatyzujących poglądów twórcy (jak miało to miejsce m.in. w filmie Smoleńsk). Przaśny i stereotypowy wstęp zamienia się w groteskę, ta – stopniowo, z minuty na minutę – zmierza w stronę realizmu oraz nieuchronnemu momentowi zmierzenia się z prawdą.

Ciekawy wydaje się zwłaszcza sposób prowadzenia narracji: widz najpierw przygląda się ukazanym duchownym z zewnątrz, z perspektywy wiernego. Każdy z prowadzonych wątków posiada jednak swój rewers, który unaocznia zupełnie inną stronę postępowania bohaterów. Księża jawią się po prostu jako samotni mężczyźni, nieraz zranieni za młodu, posiadający własną historię. Ważny jest również fakt, że Kler wchodzi do zakrystii duchownych, przedstawia ich w prozaicznych, codziennych sytuacjach, ale też miejscach związanych z instytucją kościoła, do których wierni nie mają najczęściej wstępu. Dzięki temu z tytułowego kleru oderwana zostaje łatka bezkompromisowego sacrum. Szkoda tylko, że tak wnikliwa psychoanaliza (jak dotychczas) odbywa się wyłącznie w kinie fikcjonalnym. Polskiej publicystyce wyraźnie brakuje rzetelnego opozycyjnego dziennikarstwa, które przeniknęłoby w zakulisowe problemy pedofilów w sutannach. Zresztą Kler – prócz czysto fabularnego toku prowadzenia narracji – posiada również dokumentalne fragmenty. Przedstawiają one twarze ofiar „złego dotyku”, które ze łzami w oczach opowiadają o skutkach takich patologii z dzieciństwa. Ich głębia emocjonalna pozostanie w widzu jeszcze na długie godziny po zobaczeniu seansu.

Wyjątek od podjętego realizmu i głębi psychologicznej stanowi postać biskupa Mordowicza (po raz pierwszy u Smarzowskiego: Janusz Gajos). Już samo nazwisko narzuca satyryczny charakter postaci. Jego gabinet przypomina biuro szefa mafii. Biskup szasta pieniędzmi, nadużywa swojej władzy w możliwie przerysowany sposób, a gdy tylko nadarzy się okazja, bawi publikę spod znaku kina Patryka Vegi.

Na szczególne uznanie zasługuje fakt, jak wiele kontekstów związanych z polskim kościołem udało się przemycić Smarzowskiemu gdzieś na drugim planie. Reżyser i scenarzysta (wespół z Wojciechem Rzehakiem) zauważa, że duchowni często nie są przygotowani do pełnionych funkcji. Spowiedź, mająca w sobie coś z sesji psychologicznych, woła o pomstę do nieba, bowiem księża nie są w stanie zrozumieć spowiadających się wiernych. Z drugiej strony zakonnice, posiadające pod swoją opieką sierocińce oraz domy opieki, nie potrafią sprostać powierzonym im funkcjom pedagogicznym. Zamiast dialogu z podopiecznymi sięgają po bat. Krytykowany homoseksualizm jawnie działa w seminaryjnych środowiskach (statystyki podają, że aż 30% kleru stanowią geje i lesbijki), a w przykościelnych salkach gromadzi się Młodzież Wszechpolska oraz inne nacjonalistyczne ugrupowania. Trafne okazuje się zwrócenie uwagi, jak często duchowni sięgają po przykłady „złego Zachodu”. Warto zwrócić uwagę, że dyskurs w okresie PRL-u funkcjonował częściej w komunistycznych środowiskach.

W Klerze nie ma natomiast dywagacji nad sferą metafizyczną oraz istotą wiary. Jedyne nawiązanie do Pisma świętego pojawia się tylko przy łóżku śmiertelnie chorego dziecka. Ks. Lisiecki opowiada mu potulną bajkę o zmartwychwstaniu Jezusa, eksponując zachowawczość kościoła w konfrontacji z humanistycznymi i egzystencjalnymi kwestiami. Dopiero finał widowiska posiada w sobie przewrotny symbolizm.

Bez win nie pozostaje również społeczeństwo. Księża ukazani zostają jako ludzie samotni, funkcjonujący w ścisłej korelacji najwyżej z zaściankowymi gospodyniami. Obracając się w formalnym kiczu wystawnych rzeźb oraz architekturze stylu „wiejsko-czarodziejsko”, nie odnajdują interakcji z drugim człowiekiem. Wierni z kolei ślepo ufają lokalnym księżom, podporządkowują się ich cennikom oraz ogólnemu widzi-mi-się, a gdy tylko nadarzy się sposobność, koncentrują na nich masowy lincz. Cóż, brak pogłębionej refleksji nad otaczającą nas rzeczywistością to jedna z naczelnych przywar polskiego narodu, jakże celnie wytknięta przez reżysera Wesela i Domu złego.

W warstwie technicznej i formalnej mamy do czynienia ze starym, dobrym Wojciechem Smarzowskim, który dzieli tok narracyjny na kilka równorzędnych wątków. Jak zawsze w jego przypadku żaden z nich nie trafia na dalszy plan, znajdując satysfakcjonujący wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Twórca szpikuje swój obraz jump-cutami, wprowadzając u widza percepcyjny dyskomfort. Fabułę przeplata paradokumentalnymi fragmentami, wzmacniając konflikt pomiędzy prawdą a sferą fikcjonalną ukazanych incydentów. Oczywiście, nad Klerem unoszą się czarne chmury fatalizmu, bardzo dobrze znane z wcześniejszych filmów Smarzowskiego. W jego kinie nie ma miejsca na kompromis rzeczywistości z idealizmem. Czy traktować to jako błąd? Wątpię – to zwykła konwencja, której należy się podporządkować. W przeciwnym razie nie ma sensu uczestniczyć w seansach filmów Wojciecha Smarzowskiego. Nie uważam również, aby na polskiej scenie kinematograficznej znalazł się twórca, który w równie celny i humanistyczny sposób zdołałby ująć tak ważny, ale jakże drażliwy temat.

Kler to spowiedź polskiego duchowieństwa. Niestety, tym razem nie ma mowy o odpuszczeniu grzechów. Kościół zbyt długo chował wszystkie trupy w szafie, bazując na niemal patologicznej więzi z państwem. Panoszył się w masce sacrum, skrywając pod nią cuchnące profanum. Smarzowski, niczym rasowy egzorcysta, stara się wypędzić wszystkie demony rodzimego kleru. Nastał czas na polemikę, nastał czas na przyznanie się do win, nastał czas na reformy.

Moja ocena: 8/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…