Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Jeszcze dzień życia 0

Są historie, biografie, które muszą powstać i słusznie, że to ma miejsce. Nie mogą być jedynie kartką z kalendarza niedosięgającą jakiejkolwiek tezy i żadna osobistość, o której opowiada film tej słabości nie usprawiedliwia. Jeszcze dzień życia to zilustrowana czytanka, która sama nie wierzy, że formą animacji można wywoływać w widzu gigantyczne emocje, sprowokować wyczerpujące studium człowieka w sytuacji krytycznej, wręcz schizofrenicznej – czyli całe spektrum życia o krok od miny reportera wojennego. Historia o podróży Ryszarda Kapuścińskiego jest porozrywana poprzez brak konsekwencji w narracji i kręcenia się w kółko, mimo rozochocenia widza rozprawą o wpływie dziennikarstwa na rzeczywistość.

Spotykamy Ryszarda Kapuścińskiego w Angoli w 1975 roku. Historia opiera się na książce, w której reporter opisał swoje uczestnictwo w wojnie, dotarcie do jądra ciemności (nie odczuwamy nawet półmroku). Głównym środkiem budowania historii jest animacja – dla niektórych nadal konotowana jako niewinny środek udelikatniający skalę doświadczenia. Jednak kino kilkakrotnie nam udowodniło, że żeby doskonale zreferować rzeczywistość nie trzeba jej wiernie odmalowywać. Animacja nie ogranicza, wręcz przeciwnie – nie jest na smyczy realizmu. Pozwala na wyrażenie w różny sposób nie tylko wszechobecnej śmierci i straty, która otacza naszego bohatera, ale również stanu wewnętrznego, jego trzewi. Obawy, refleksje, strach, poczucie bezcelowości, dywagacja nad siłą sprawczą dziennikarza – to wszystko z ekspresją i kreatywnością wybebesza animacja, bo może stworzyć surrealistyczne obrazy i oddać podprogowe emocje. Jednak to twórcom nie wystarcza, a szkoda. Dekorują obraz w ujęcia dokumentalne. Spotykają się z uczestnikami tamtych wydarzeń, którzy je przeżyli. Opowiadają oni z „wigorem” jak z Discovery History przede wszystkim o Ricardo. Do tego barszczu, gdzie uszka już wypadają twórcy dorzucają proste impresje obrazami aktualnymi – skakanie z jednej metody na drugą. Co w związku z tym? No właśnie prócz początkowego zaintrygowania, nic.

Siła wrażenia i rażenia oraz pełna wiarygodność może zostać osiągnięta za pomocą animacji. Nie potrzebuje ona chórków dokumentalnych oraz kompletnie niezgrabnie wkomponowanych obrazów, które wywołują wrażenie, że ktoś tutaj na wszelki wypadek ze strachu o brak relacji widza z kinem hula różnymi strategiami. To szybciej irytuje, a nie pokazuje różne perspektywy. Obraz dalej jest jednowymiarowy. Film nie produkuje tym większego zaangażowania, wręcz wybija z prób współuczestnictwa – buduje tym dystans, bo nas rozprasza.

Oczywiście taka zmiana sposobu prowadzenia opowiadania mogłaby mieć uzasadnienie w treści i wtedy byłaby bardziej jadalna i sycąca. Ale nie ma. W filmie pada pytanie o odpowiedzialność dziennikarza, który nie musi być na froncie z bronią, by zmienić czyjeś życie lub nawet je odebrać. Opisując historię może się w nią wtrącić i podejmuje wielkie ryzyko. Pytanie zawisa w powietrzu i w tej nadmiernie poprawnej historii przygodowej niezobowiązującej nas specjalnie (mówimy o tragicznych wydarzeniach, w centrum których był nasz bohater) zostaje na górze. A nas tylko szyja boli od wpatrywania się i oczekiwania aż spadnie z hukiem na ziemię i historia się jakoś do tego odniesie. Ten moment nie następuje.

Jeszcze dzień życia mimo usilnych chęci podbicia autentyzmu, wręcz nachalnie i pompatycznie, przez co się gubi, nie angażuje widza na poziomie adekwatnym do ważkości wydarzeń. Nie przełykamy trudniej śliny. Nie wywołuje też żadnej dyskusji o zawodzie reportera. Wymachuje pomysłami na prawo i na lewo, ale nie potrafi się skupić. Widz nawet na chwilę nie spojrzy oczami bohatera, nie liźnie uczuć towarzyszących reporterowi. To kino zbyt niewinne i w treści zbyt leniwe. Charakterem mu bliżej do nieosobistego planu wydarzeń, niż jakiegokolwiek intymnego wspomnienia . Niestety, jaki kraj, taki Walc z Baszirem.

Ocena: 5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 1

PolepioneKadry 2018-10-11

Oj, oj, oj. Zmartwiła mnie ta nie do końca ekstatyczna recenzja;-( Zajawka mnie zaintrygowała, Kapuściński pisał genialne książki, a na film o jego całym/etapie/epizodzie z życia od dawna czekałem. Pomysł z animacją jeszcze podsycił moją ciekawość tego projektu. A z powyższej recenzji wynika, że nie zostanie ona odpowiednio nakarmiona seansem:-(

Proszę czekać…