Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Yomeddine. Podróż życia 0

Z pozorną lekkością, ale jednocześnie ogromnym zaangażowaniem emocjonalnym dostajemy bez kosmetyki realiów obraz o potrzebie bliskości. Nasz bohater rusza w drogę, by odnaleźć rodzinę, uzupełnić ziejącą w nim pustkę niewiedzy o swojej tożsamości, kiedy tak naprawdę najbliższa relacja tworzy się właśnie w trakcie drogi. Nie punkt na mapie, cel, a to co się odbędzie w trakcie osiągania go, jest clue tej szczerej historii. Podróż po definicji słowa humanizm.

Rayes doświadczył wielkiej tragedii w swoim życiu i stracił sporo wiary w jego sens. Ciężko mu przebywać dalej w kolonii, mimo że wyleczony z trądu i z pełną akceptacją swojego wyglądu przez obecną tam społeczność. Koło niego kręci się nieustannie młody chłopak Beshay, który będzie chciał razem z nim ruszyć w podróż. Naszemu bohaterowi z początku towarzystwo chłopaka uwiera i ciąży, bo sam dźwiga spory ciężar wewnątrz siebie i pragnie wszystko związane z przeszłością zostawić za sobą. Również nie potrzebuje świadków swojego cierpienia.

Yomeddine. Podróż życia nie jest utworem nieznośnie uduchowionym. Prosty, nie prostacki i tym wygrywa. Zachowuje równowagę surowego naturalizmu, a uczuciowości. Doskonale wyeliminowane zostały pstrokacizny, czyli przeskakiwanie z jednej skrajności emocjonalnej w drugą. Nie ma też kuszącej niejednego twórcę swoistej pornografii tragedii. Odczuwamy sporą dojrzałość w opowiadaniu historii, której koncepcja przecież już miała miejsce w kinie. Jednak ten obraz ma w sobie niejedną zadrę, ale nie wyeksponowaną w celu wywołania łatwego wzruszenia. Bez wmuszania w oczywisty sposób krzepiącej historii reżyser tworzy z nieskomplikowanej, ale czujnej obserwacji przypowieść. O prawdziwych przyjaciołach poznawanych w biedzie… wtedy ta bieda ubędzie.

Film wzrusza bez sztuczek i podstępów narracyjnych. Naturalnie kieruje się wartościami zagłuszonymi przez konsumpcjonizm. Wywyższa zażyłość z drugim człowiekiem, a pejzaż ubóstwa, pełen brzydoty zostaje zdominowany przez piękno komunikacji. Chociaż wydawałoby się, że na takim płowym gruncie nie ma miejsca na przyjęcie się takich nasion, które rosną, kwitną i pną się tworząc przyjaźń. Zdecydowanie nie jest to elementarzowa historyjka o spotkaniu ze sobą inności i zbratania, a naturalnej i ludzkiej potrzebie posiadania kogoś bliskiego.

Ocena: 7,5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…