Redaktor na FDB.pl oraz innych portalach filmowych. Pisze, czyta, ogląda i śpi. Przyłapany, gdy w urzędzie w rubryczce "imię ojca" próbował wpisać Petera Greenawaya.

RECENZJA: Brightburn. Syn Ciemności 0

Horror, w którym mordercą okazuje się Superman? James Gunn nie próżnuje, wikłając się w kolejny absurdalny projekt. Brightburn realizuje niemal wszystkie chore wizje miłośników kina superbohaterskiego. Szkoda zatem, że w ostatecznym rozrachunku widz otrzymuje tutaj więcej Damiena z franczyzy Omen niż dorastającego Człowieka ze stali.

Historia rozpoczyna się niczym większość genez Supermana. Niebo nad spokojną, amerykańską farmą zostaje przecięte nadlatującym obiektem z odległej galaktyki. Na pokładzie statku kosmicznego przybywa niemowlę. Prostoduszna para farmerów postanawia adoptować malca, nie bacząc na konsekwencje swojej decyzji. Mijają lata, dziecko wchodzi w okres dorastania. Wraz ze zmianą głosu oraz trądzikiem, który coraz częściej atakuje twarz chłopca, mały zaczyna również posiadać supermoce. Szybko okaże się, że nadludzka istota nie ma wcale tak bohaterskich zamiarów względem Ziemian, jak jego odpowiednik z wydawnictwa DC Comics.

Brightburn: Syn ciemności to kolejna wariacja nad oklepaną konwencją kina superbohaterskiego. Wcześniej na ekrany kin trafił m.in. Deadpool — rzucający “mięsem” na lewo i prawo – oraz Kronika, opowiadająca o grupie nastolatków, którzy nadużywają nadprzyrodzonych mocy, szkodząc innym. Równocześnie to nie pierwszy raz, kiedy twórcy postanawiają odwrócić koncept idealistycznego Supermana. Czytelnikom komiksów znany jest “Czerwony Syn” – opowieść o Człowieku ze stali, którego statek rozbija się w ZSRR. Tam właśnie heros dorasta i tam też sprawuje funkcję superbohatera. Pojawia się zatem pytanie: czy Brightburn wniesie powiew świeżości do kina o nadludziach, przeznaczonego wyłącznie dla dorosłych widzów? Nieszczególnie.

kadr z filmu Brightburn. Syn Ciemności

Brightburn to bardziej okultystyczny horror i slasher niż kino superbohaterskie.

Bohater widowiska reprezentuje niemal wszystkie cechy i skłonności, utożsamiane przez popkulturę z opętanym dzieckiem. Jeśli zobaczyliście którąś z odsłon Omena albo — debiutującego niedawno na ekranach polskich kin — Impostor, Brightburn nie zaskoczy was niczym nowym. To dobrze zrealizowany horror, którego sceny grozy faktycznie przyprawiają o ciarki. Z jednej strony twórcy umiejętnie budują napięcie oraz mroczny klimat filmu. Z drugiej: sięgają po drastyczne efekty gore na miarę franczyzy Oszukać przeznaczenie. Wszystkie elementy makabrycznej układanki pasują do siebie, jednak film — w całym szaleństwie, które próbuje sobą reprezentować — jest zadziwiająco zachowawczy i oszczędny. Przełamując schematy kina superbohaterskiego, popada w klisze horroru.

Podobnie jak Carrie, bohaterka z powieści Stephena Kinga, także protagonista Brightburn odkrywa swoje moce wraz z okresem dorastania. Następnie przywdziewa pelerynę i maskę — trochę jak seryjny morderca ze slasherów (np. Halloween), a trochę jak klasyczny superbohater. W takim wyposażeniu rusza zbierać krwawe żniwo wśród społeczności niewielkiego miasteczka. Najpierw rozprawi się z osobami, które zdążyły zajść mu za skórę podczas szkolnych przepychanek — później ruszy na misję eksterminacji całego globu.

kadr z filmu Brightburn. Syn Ciemności

James Gunn, twórca Strażników Galaktyki, nie skupił się szczególnie na tym projekcie.

Reżyser i scenarzysta słynie z absurdalnego poczucia humoru oraz niekonwencjonalnych wizji twórczych. Jego pierwszym filmem w dorobku był Tromeo i Julia, zrealizowany we współpracy ze studiem Troma – to alternatywna wizja dramatu Szekspira. Później stworzył m.in. Super oraz Scooby’ego Doo w live-action. Niestety, w procesie realizacji Brightburn Gunn sprawował jedynie funkcję producenta. Wyraźnie zabrakło jego zaangażowania w projekt. Makabryczny dowcip Gunna można wyłapać wyłącznie w kilku scenach. To za mało, aby wynieść przedsięwzięcie powyżej pułapu przeciętności. Paradoksalnie najlepszym elementem filmu okazuje się garść ujęć w trakcie napisów końcowych. Tam też występuje etatowy aktor Gunna, Michael Rooker. Szkoda zmarnowanego potencjału, ponieważ twórca ma doświadczenie w pracy nad kinem superbohaterskim (od wielu lat jest ściśle związany z Marvelem). Mógł zatem dostarczyć wielu ciekawych rozwiązań fabularnych.

Miłośnicy kina spod znaku Mrocznego Rycerza albo Spider-Mana poczują satysfakcję w finale Syna Ciemności. Dopiero wtedy twórcy sięgają po pełne spektrum superbohaterskich zdolności w służbie złu. Wszystkie moce, którymi Superman ratował świat, tutaj wykorzystane zostają do ranienia ludzi. Prócz tego widzów czeka tylko kilka nawiązań do bohaterów z powieści graficznych — m.in. imię i nazwisko głównego bohatera stworzone jest za pomocą aliteracji jak nazwy większości postaci ze złotej i srebrnej ery komiksów.

Brightburn. Syn Ciemności: czy warto wybrać się do kina?

Film ogląda się jak dobry horror z niezbyt wygórowanym budżetem, bardzo ortodoksyjny w gatunkowych założeniach. Dobrze radzący sobie w epatowaniu nieuzasadnioną przemocą i mrocznym klimatem (na który w dużej mierze składa się świetne oświetlenie). Mniej satysfakcji poczują widzowie, spragnieni dekonstrukcji kina superbohaterskiego. Tym drugim bardziej polecam serię komiksów “The Boys. Chłopaki” ze scenariuszem obrazoburczego Gartha Ennisa.

Moja ocena: 6/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…