Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Truposze nie umierają 1

Apokalipsa zombie, body horror, makabreska jako gatunki lub podgatunki kina grozy, które wykorzysta jeden z niekwestionowanych reprezentantów kina autorskiego i ekscentrycznego? Nie ma w Truposze nie umierają żadnej kolizji, czy wyłącznie zgrywy! Czy Jim Jarmusch urządza wielką ucztę ku chwale kina klasy B? Czy obśmiewa konwencje i nawyki gatunków? Wszystko się zgadza i mimo nadmiaru nic tutaj nie zawadza. To prawdziwy park rozrywki dla kinofila, gdzie Jim Jarmusch nie odrzuca swojej poetyki kolaborując z różnymi gatunkami i narracjami. Konsekwencja, ekspresja, spora żywotność, jak na świat pełen trupów. Jednocześnie reżyser znowu nie izoluje się od problemów kondycji cywilizacji, a imponująco i autoironicznie przefiltrowuje je swoją, nieskażoną przeciętnością fantazją.

Oczywiście akcja ma miejsce w spokojnym i niepozornym miasteczku Centerville. Oczywiście, ponieważ jakie miejsce zazwyczaj wybiera kino za wylęgarnie wtórnych zaskoczeń i niby nieprzewidzianych zdarzeń? Tutaj właśnie trójka policjantów o różnych usposobieniach, ale tak samo siedzących po uszy w marazmie, nagle zacznie zauważać coraz to dziwniejsze sytuacje. Zegarki przestają działać, jest jasno wtedy, kiedy powinno być ciemno, a ciemno wtedy, kiedy jasno. Ronnie Paterson jest tym najbardziej błyskotliwym z trójki, który zapętla nieustannie zdanie, że coś nadchodzi. Do niego zwraca się z prawie każdym zapytaniem doświadczonym szeryf Cliff Robertson, którego chyba już nic nie jest w stanie na tym świecie zaskoczyć. Za to charakter najbardziej poruszonej, przejętej nadchodzącymi zmianami i okazującej najwięcej emocji jest policjantka Mindy Morrison. To katastrofa klimatyczna determinuje wszelkie wynaturzenia. Media są zdezorientowane i wysyłają sprzeczne informacje, naukowcy również wpadają w panikę. Wydaje się, że mamy do czynienia z nadchodzącym końcem świata. Nadchodzi atak zombie. Powstali nie są żywi, ale nie są też martwi. Jak to również wielokrotnie powtarza policjant Ronnie.

Kiedy dochodzi do pierwszego ataku i jednoznacznego sygnału, że nadchodzi apokalipsa zombie, nikt z nas nie będzie tak naprawdę zaskoczony. Jim Jarmusch doskonale obśmiewa i ironizuje sobie z klisz kina apokaliptycznego ze swoim absurdalnym i osobliwym poczuciem humoru. Charakter każdego z policjantów jest grubo ciosany. Mamy znudzonego glinę, odkrywającego wszystko glinę i najbardziej panikującą glinę. Do tego przeciągnięte do granic cierpliwości sekwencje rozmów pełnych powtórzeń, doskonale demaskują wtórność tych narracji. Autor nie na szyderstwie kończy, a pięknie to splata z sympatią do kina klasy B, kina gore, gdzie mamy standardowo wystającą rękę z grobu, szczegółowo pokazane żywienie się zombie, grupę naiwnych dzieciaków, która zatrzymuje się w zaskórnym motelu akurat w tym czasie, zaskoczonych mieszkańców i ekscentryczkę z zewnątrz, która prowadzi dom pogrzebowy, więc zdecydowanie nie jest w jej interesie, by martwi ożywali. Truposze nie umierają wielokrotnie puszczą do nas oko.

Jim Jarmusch jednak jest bardzo oddany, nawet w tak determinującym gatunku, swoim nawykom i nie zmienia charakteru pisma. Wśród wielu hektolitrów krwi znowu jest te swoiste, mocno sugestywne, pozorne „nic się niedzianie”. Podczas ataku krwiożerczych bestii!!! Reżyser opowiada o apokalipsie zombie w konwencji slow cinema. Do tego bawi się naszą percepcją poprzez złamanie czwartej ściany. Są sceny, w których wydaje się, że nie rozmawiają ze sobą Ronnie i Cliff, a Adam Driver i Bill Murray. Gdzie widzieliście ostatnio, by aktor na swój sposób spojlerował ciąg dalszy, a drugi pytał go czy przeczytał cały scenariusz. Kiedy tak gawędzą, wspominają o improwizacji to naprawdę przekraczają ramy umowności opowiadania, czy to po prostu doskonały mind-game? Takie sytuacje przesiąkają film i wraz z autotematyzmem, wycieczkami do własnego kina również niebezkrytycznymi, ale i do wielu klasyków (od Tarantino, braci Coen, po Hitchcocka) tworzą kolejne warstwy znaczeniowe i udowadniają, jak Jim Jarmusch żongluje pojęciem plot twistów, zakończenia filmu, napięcia. Reżyser bałagani i wręcz odwraca się od typowych strategii, podważając ich wartość. Dlatego możemy również odebrać to jako kino świadomej farsy po zmroku.

Można by pomyśleć, że Truposze nie umierają trochę zabija tę skromność przedstawienia charakteryzującą Jima Jarmuscha. Skądże znowu. Szaleństwo kontrolowane. Do tego pojawia się wspomniana we wstępie konsekwentna wnikliwość reżysera i odniesienie się do konsekwencji kapitalizmu. Człowiek nie musi umrzeć, żeby wyglądać na martwego. O duchowej martwocie, rozkładającym wartości materializmie prawi przez postać odseparowaną od współczesności zagraną przez Toma Waitsa, komunikującego się z przyrodą, niczym Duszejko z Pokotu Agnieszki Holland, tylko nie z tą powagą.

Bez prostego kaznodziejstwa, Jim Jarmusch tym razem nie umiejscawiając swoich refleksji w świecie wampirów, a symbolicznie wśród zombie, pokazuje pułapkę nadmiaru kończącą się wieczną tęsknotą za czymś, nienasyceniem, dezorientacją w otoczeniu wszystkiego, rozleniwieniem dostępnością i staniem się własnością w naszych rzeczy. Komedia zamienia się w specyficzny horror, ale dotyczący tego, jak nieszczególnie „atrakcyjnie” wygląda współczesny człowiek… i nie po powstaniu z grobu.

Jim Jarmusch sporo ryzykuje, tak bawiąc się z widzem i udając, że go zabawia. Z tym, który spodziewa się gazu łzawiącego i z tym, który chce niekonwencjonalnego horroru. Z tym, który odbierze Jarmuscha tutaj jako popcornowego fircyka. Śmiertelnie proste? Nie, nieśmiertelne i skomplikowane. Sprytne, przewrotne, a mieszance figlowania z materią filmową i filozofowaniem daleko do położenia się na cmentarzu. Mamy nieustannie do czynienia z kimś wyjątkowym… może aż po grób. Truposze nie umierają zalatuje świeżością, nawet kiedy mowa o rozkładających się ciałach, świecie, duszy, wartościach wyższych rzędów.

Ocena: 9/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…