Spektakularna forma, wybitna realizacja, wspaniała muzyka, ale serce bije zbyt cicho. To kino, które można podziwiać, ale trudno pokochać. Film, który rozumie legendę, ale nie potrafi jej ożywić. 6
Guillermo del Toro od zawsze był artystą, który dryfował pomiędzy poetycką wrażliwością, a rzemieślniczą fascynacją horrorowym gatunkiem. W jego filmach potwory nigdy nie są po prostu potworami, lecz metaforami bólu, wyobcowania i niemożności miłości. W Kształcie wody stwór był odbiciem samotności kobiety, nastomiast w Labiryncie fauna ucieczką od brutalnej rzeczywistości. W jego Frankensteinie monstrum jest z kolei smutnym przypomnieniem, że w każdej kreacji artystycznej czai się również destrukcja.
Nowa adaptacja klasycznej powieści Mary Shelley to przedsięwzięcie ambitne, spektakularne i momentami zachwycające, ale też niepokojąco chłodne. Del Toro tworzy dzieło, które ma w sobie całą jego wizualną maestrię i autorską wrażliwość, ale pozbawione jest tej emocjonalnej głębi, która czyniła jego wcześniejsze filmy prawdziwie poruszającymi. Frankenstein to film piękny niczym rzeźba włoskich mistrzów. Jest on co prawda dopracowany w każdym detalu, ale martwy w środku.
Pierwsze wrażenie jest oszałamiające, bowiem del Toro buduje gotycki świat, który zdaje się wyjęty wprost z rycin XIX wieku, gdzie świat jest pełen mroźnych laboratoriów, wilgotnych korytarzy i starych bibliotek oświetlonych blaskiem świec. To kino, które można chłonąć klatka po klatce. Scenografie zostały wykonane z niezwykłą pieczołowitością, a użycie praktycznych efektów i minimalnej ilości CGI (aczkolwiek można doczepić się do paskudnych animków wilków) przywraca filmowi fizyczność, której współczesne produkcje coraz częściej się boją. To właśnie materialność tego świata, ten chłód metalu, zapach formaliny, szelest papieru i oddech pary unoszący się nad stołem sekcyjnym, czyni Frankensteina dziełem wyjątkowo sugestywnym. Del Toro nie tworzy gotyckiej baśni, ale gotycki poemat o przekroczeniu granicy między stworzeniem a stwórcą.
Jacob Elordi, którego obsadzenie w roli Stworzenia budziło kontrowersje, okazuje się wyborem jednocześnie trafnym i problematycznym. Ma odpowiednią fizyczność, ponieważ jego postura i ruchy niosą echo nieludzkości, ale zarazem w jego oczach można dostrzec delikatność. Niestety, zbyt często film poddaje jego postać estetyzacji. Zamiast wzbudzać grozę i litość, potwór Del Toro bywa po prostu zbyt piękny, zbyt "rzeźbiony" niczym te włoskie rzeźby, o których wspomniałem wcześniej. Nawet jego blizny wyglądają jak dzieło sztuki. To problem, który powraca w wielu momentach, bowiem del Toro zdaje się być tak zakochany w formie, że zapomina o brudzie, chaosie i szaleństwie, które stanowiły sedno oryginalnej powieści.
Oscar Isaac w roli Victora Frankensteina bywa fascynujący. To nie romantyczny wizjoner, lecz człowiek drapieżny, narcystyczny, niemal uzależniony od aktu kreacji. Isaac gra go z błyskiem maniakalnego samozachwytu, który stopniowo przeistacza się w obłęd. W jego oczach nie ma szaleństwa zrodzonego z geniuszu, jest szaleństwo zrodzone z pychy. W krótkim, ale zapadającym w pamięć występie Christoph Waltz przypomina, jak wiele można osiągnąć kilkoma scenami i jednym spojrzeniem (aczkolwiek nie zdziwie się, jeśli część widzów uzna jego grę na tak zwanym autopilocie) Jego postać to jakby uosobienie świata, który Victor próbuje odrzucić, czyli świata reguł, granic i moralności. Mia Goth natomiast, w roli Elizabeth, jest niestety najsłabszym ogniwem filmu. Choć jej ekranowa obecność zwykle niesie aurę niepokoju i niejednoznaczności, tutaj wydaje się bezradna wobec nijako napisanej postaci. Jej wątek to raczej funkcja fabularna niż psychologiczna konstrukcja.
Narracja filmu zaczyna się z rozmachem, gdzie pierwsza godzina jest niemalże perfekcyjna. Del Toro rozkłada akcenty z chirurgiczną precyzją, prowadząc widza przez genezę eksperymentu i narodziny Stworzenia z napięciem i dramaturgicznym rytmem godnym thrillera. Potem jednak konstrukcja zaczyna się sypać. Film traci impet, a wątki rozlewają się jak krew po stole sekcyjnym. Scenariusz, mimo pozornej erudycji, przestaje mieć wewnętrzny puls. Finał jest zbyt symboliczny i sentymentalny, co najzwyczajniej w świecie jest rozczarowujące. Del Toro próbuje zakończyć historię w tonie przypowieści o przebaczeniu, ale tam, gdzie Shelley pisała o potędze i przekleństwie świadomości, on oferuje melancholijny gest ku słońcu. Zamiast katharsis dostajemy ładny obrazek.
W Frankensteinie widać wszystkie znaki rozpoznawcze reżysera - symetrię kadrów, fascynację ornamentem, melancholię potworów i gorzki humanizm. Ale po raz pierwszy to wszystko wydaje się bardziej pracą kuratora niż artysty. To film, który wygląda jak wystawa. Jest pięknie oświetlona, idealnie sfotografowana, lecz z emocją zamkniętą za szkłem. Del Toro deklarował, że jego Frankenstein będzie najwierniejszy książce. W istocie jest wierny scenerii, epoce oraz strukturze, ale ducha Shelley, jej bólu i gniewu wobec Boga oraz człowieka, film niestety nie oddaje. To dzieło bardziej o twórcy niż o stworzeniu.
Guillermo del Toro nakręcił film zachwycający wizualnie, pełen formalnej maestrii i aktorskiego kunsztu, ale jednocześnie pozbawiony tej pierwotnej, nieokiełznanej energii, która uczyniła historię Shelley tak nieśmiertelną. Frankenstein w jego rękach staje się eleganckim traktatem o samotności, odkupieniu i śmierci, lecz bez gniewu, bez szaleństwa i bez brudu. To kino, które można podziwiać, ale trudno pokochać. Film, który rozumie swoją legendę, ale nie potrafi jej ożywić. I choć potwór Del Toro wstaje z martwych w pięknym blasku świtu, to zbyt często przypomina nam, że nawet najdoskonalsze ciało bez serca pozostaje martwe.
Pozytywnie się zaskoczyłem. Całkiem świeże spojrzenie na klasyczną historię. Do tego bardzo dobra gra aktorska i cała masa przyjemnych dla oka kadrów (mimo że sporo z nich wygląda dość sztucznie).