„Państwo Rose” choć eksploatują właściwie wciąż ten sam motyw stanowiący scenariuszową „sprężynę”, mogą okazać się bliskie sercu niejednego znudzonego sobą małżeństwa 7
„Tego nikt nie zapomniał” - rozwiewa wątpliwości dawno nie widziana koleżanka z pracy. Theo był ongiś rozchwytywanym architektem. Piął się po szczeblach kariery długo, wytrwale i z sukcesami. Wreszcie zgubił go nieprofesjonalny kaprys. Theo zaprojektował budynek ku czci żeglarzy. Na jego szczycie tkwił monumentalny maszt, który runął podczas sążnistej ulewy. Odtąd Theo był w swojej branży skończony. Spotkana koleżanka z byłej firmy przypomniała, iż nikt w środowisku architektów nie zapomniał tej „pięknej”, jak u Greka Zorby, katastrofy. Żoną Theo jest Ivy. Poznali się dawno temu. Odtąd stanowią nadzwyczaj dobrane małżeństwo. Cechuje ich wspólnie cięty język oraz sarkazm wyrażany wobec siebie i otoczenia. Słowne utarczki nie prowadzą jednak do wzajemnych animozji. Małżonkowie nie wchodzili sobie dotąd w drogę. Ich prywatność stanowiła zaledwie znikomy procent całego pożycia.
Dotąd państwu Rose niczego nie brakowało w życiu prywatnym, bo oboje realizowali się na niwach zawodowych. Ivy jest bywalczynią kuchni i tam spędza większość czasu. Na bazie tej pasji kobieta rozkręciła swój restauracyjny biznes. Po szeroko komentowanej porażce Theo w branży architektonicznej zabrakło dla niego miejsca. Wzięty zawodowiec został, przynajmniej chwilowo, skazany na los bycia mężem swojej żony. Ten wybór zmienił paradygmaty rodzinne. Niezdrowo dotąd dokarmiane dzieci zostały poddane reżimowi dietetycznemu oraz sportowemu. „Tata w domu!” – bezceremonialnie dyscyplinuje Theo swoje nastoletnie pociechy, goniąc je w plenerowych przebieżkach. Do kosza polecą tuczące produkty i przeterminowana żywność. W domu państwa Rose narastają konflikty. Ivy wyrzuca mężowi, że każe czytać nastolatkom Charlesa Bukowskiego zamiast „Harry'ego Pottera”. „Ostatnio mieli po sześć lat” – ironizuje kobieta, podsumowując swoje zaniechania wobec dzieci. „Teraz mają trzynaście” – kwituje Theo.
Państwo Rose jest zabawną ofertą dla kinomanów spragnionych humoru wysmakowanego, opartego na licznych kalamburach i słownych zwischenrufach. „Kiedyś wiedziałem, co powie, zanim otworzy usta. Teraz, po latach wiem, że jak otworzy usta, to nic mądrego nie usłyszę” – zwierza się kolega, któremu Theo zazdrości harmonii w udanym związku. Co powie Ivy, tego bezrobotny mąż nigdy nie może być pewien. Pewne jest jednak to, że małżonkowie tak jak celnie usiłują sobie dopiec, tak nie bardzo potrafią się bez siebie obejść. Może być więc film w reżyserii Jay Roach przestrogą dla związków, w których wszystkie wartości ulokowane będą w tym, co niejako pozadomowe. Państwo Rose choć eksploatują właściwie wciąż ten sam motyw stanowiący scenariuszową „sprężynę”, mogą okazać się bliskie sercu niejednego znudzonego sobą małżeństwa, które w tej nudzie potrafi odnaleźć cel egzystencji.
„Ty chcesz rozwodu, ja domu” – usiłuje postawić na swoim Ivy. Negocjacje przedprocesowe zwiastujące rozwód idą opornie. Sprawy zaszły za daleko. Małżonkowie starli się w klinczu. Ivy wprawdzie nie chciała uczynić ze swojego bezrobotnego męża kury domowej, ale on tak właśnie się poczuł. Izolowany zawodowo mężczyzna snuje się w jałowych (z jego perspektywy) krzątaninach. Ivy wymyśliła budowę wspaniałego domu, której to inwestycji Theo mógł się oddać bez reszty. Efekt był okazały. Gdy więc przyszło do negocjacji, żona wyczuje, iż dla małżonka dom stanowi atut, z którego nie będzie potrafił zrezygnować. „Nie chce mi się z tobą gadać” – rzuci do Ivy zrezygnowany Theo. Ten nieautoryzowany cytat z Bogusława Lindy dobrze ilustruje stan relacji, które chociaż pełne miłości nieraz potrafią dojść do ściany bez wyraźnej podstawy logicznej.
odświeżona wersja "Wojny państwa Rose", poprawnie zagrana, ale niespecjalnie śmieszna… oglądnąć i zapomnieć :P